Powiem Wam, że wychodzi ze mnie coraz większa złość i nienawiść do ludzi, zwłaszcza takich, co mi nadepną na odcisk. Te wzorce najszybciej pojawiają się na drodze - gdy kogoś wrednie nie wpuściłem przed swój samochód, bo chciał się cwaniaczek wepchnąć i zatrąbiłem, to cwaniaczek wskakiwał przede mnie i gwałtownie hamował. Ja oczywiście też musiałem hamować. Nigdy tak nie miałem, a wczoraj w krótkim czasie 3 osoby wskoczyły przede mnie i zahamowały na złość.
Zobaczyłem, jak szybko działa teraz ten mechanizm, że jak jestem wredny dla ludzi, to ludzie momentalnie są wredni dla mnie. Najgorsze to to, że nadal nie chcę ustąpić, popuścić, gdyż trwam na stanowisku, że to ja mam rację, że to ja dobrze postąpiłem na drodze. Aż mi żona powiedziała (która nie rozwija się duchowo, ale ma bardzo dobre relacje z ludźmi), że "jak przestaniesz być wredny dla ludzi, to i ludzie przestaną być wredni dla Ciebie".
Wściekłem się wewnątrz mnie na te słowa, nie chciałem się z nimi pogodzić, ale dzisiaj zaczęło do mnie docierać, że miała rację. Muszę nauczyć się ustępować ludziom, pobłażać im, akceptować pewne zachowania i... PRZEBACZAĆ IM (a to jest dla mnie najtrudniejsze, wręcz niemożliwe).
Ciężko mi odbudowywać relacje z ludźmi - to mój najtrudniejszy temat. Najchętniej to bym się od nich odciął, odizolował i przetrwał jakoś to życie. Ale coraz bardziej zauważam, że tak się już nie da. Aż mi się płakać chce, tak mnie to boli przyznanie się do tego...
Dalej ciągnie mnie do totalnej agresji i nienawiści, ale przyznaję się do tego bez bicia. Boli to, ale już mam ochotę powiedzieć to wszystkim. Ale to bardzo boli...