Od jakiegoś roku żyję ciągłymi przemianami. Raczej chętnie podchodzę do pracy nad sobą, ale mam dobitne wrażenie że umarłbym albo zatracił na maksa w jakichś iluzjach gdybym tego nie robił. Kiedy ta rozpędzona machina się zatrzyma? A może dane mi jest tak oczyszczać się do usranej śmierci

Raczej cieszy mnie każda przemiana, ale trochę mnie nuży potrzeba ciągłej pracy nad sobą. W kółko mam dobry / zły nastrój, w miarę uczę się to akceptować i liczę że wyłoni się w końcu z tego jakaś trwała harmonia. Czasem sobie mówię basta, robię przerwę od pracy nad sobą, tak na kilka dni. I wychodzę do świata, zaczynam korzystać z efektów ostatniego uzdrawiania, co jest bardzo fajne i czasem spektakularne... i dzień później coś mi wywala i znowu czuję potrzebę oczyszczania, naglącą, no bo przecież nie będę tego co wychodzi stłumiał do środka. Może po prostu jest tak, że pśka przyzwyczaiła się do uwalniania i jest to taki okres w rozwoju duchowym gdzie woli się już zdecydowanie prawdę od iluzji i podświadomie trudno utrzymac w sobie zafałszowania na dłuższą metę? Pewnie tak.
Od kilku miesięcy czyszczę temat związków i czuję się właśnie jakbym łapał odpowiedni grunt, pouwalniał się od iluzji i że mogę dopiero zacząć solidnie pracować nad tematem. Jedyne co jest trwałe, to nowe perspektywy i świeższe spojrzenie na to jak może wyglądać mój związek. Idę za tym i oczyszczam dalej. Za to poczucie niezależności mi rośnie i to jest ewidentny powód do radości. Z tego powodu też na każdy inny temat mam nowe spojrzenie... i nowa świadomość ilości rzeczy, które trzeba pooczyszczać. Czasem dociera do mnie inspiracja żeby czuć się spełnionym tu i teraz, akceptować tu i teraz i wszystko kreować tu i teraz, i podążam za nią, ale czasem ciężko mi doceniać wszystko tu i teraz kiedy mam kolejną w krótkim czasie huśtawkę nastrojów.
Jeszcze jedną rzeczą, która siłą rzeczy się przerabia, jest odchodzenie od potrzeby uczepienia się rzeczy. Kiedyś twardo trzymałem się swoich poglądów i często łapałem mocny attachment do rzeczy - jak siadałem przed komputerem to nie chciało mi się od niego odchodzić, jak wchodziłem pod prysznic to nie chciało mi się z niego wychodzić, jak jeździłem na rolkach, to robiłem to codziennie bez względu na zmęczenie, jak pracowałem nad sobą, to bez chwili wytchnienia. Teraz widzę że ten attachment nie ma sensu, i najnormalniej zauważam że jeśli jestem czemuś przychylny jednego dnia, np. ćwiczeniom gry na gitarze, to niekoniecznie mi się musi chcieć to robić drugiego dnia i jest to całkiem normalne. To uczenie się spontaniczności, a raczej puszczanie attachmentu i pozwalanie życiu płynąć, sprawia że w życiu pojawia mi się kompletnie nowa jakość (choć mam poczucie że nie jest ona jakaś niezwykła, to po prostu ja byłem tak mocno zafiksowany) i to sprawia że jednak mam ochotę dalej się rozwijać i pozwalać na te wszystkie wywały przez które przechodzę:))) I nie upierać się przy rzeczach stałych. Puszczanie wiary w to że są rzeczy stałe jest ostatnio motywem który przewala mi się we wszystkich tematach pracy nad sobą.
Jeszcze jedną rzeczą z którą eksperymentuję, jest pragnienie w duszy żeby być potencjałem. Czasem proszę Boga o oczyszczenie, o wypełnienie miłością tematów, ale czasem chcę żeby temat się uzdrowił i wypełnił potencjałem. Kiedy jest czysty potencjał - to temat może się wypełnić miłością, radością, wszystkim co najlepsze, a nawet czymś jeszcze lepszym. Ciekawe co mi z tego wyjdzie.
Pozbierałem myśli:)) dzięki o forum, że jesteś.