Mam ostatnio inne przemyślenia na temat życia. Chyba wszystko przeciekało mi między palcami - moje szczęście, związek, rodzina. To straszne jak przeszłość może opętać i wprowadzać chaos do codzienności. Zmęczyłam się moimi wywalankami, uzależnieniem od for duchowych, zastanawianiem się co mi zrobiono złego. Wczoraj mam wrażenie, że zmienił mi się kierunek podążania na bardziej pozytywny. Zaczęłam brzydzić się tym, że ciągle mam jakiś problem, że te najbardziej prymitywne rosną do ogromnych. Zrozumiałam, że rozpaczą i wracaniem do przeszłości nie zmienię mojej sytuacji, rodziny. Owszem, jest czas rozpaczy, ale powinien również przyjść czas wzrostu. Jeżeli tego nie ma, to tak jakby ciągle pozostawało się w żałobie po stracie tego co się mogło osiągnąć. Przez to wszystko trudno mi było dostrzec, że mam wokół siebie miłość, bardzo mądrego partnera, wspierajace resztki rodziny. No kurcze. Chyba nie mam sił się gniewać i wspominać w nieskończoność przeszłość.
Myślałam również o forum. Po co ono jest? Dla wspierania osiągnięć, sukcesów? duchowości? Co sie komu udało? Dla inspirowania? Dla upewniania się, że robię dobrze? Dla zmniejszania tym samym napięcia? Kto poszedł na kolejny kurs? Kto wyrzucił z siebie kolejny syf? Nie odbierajcie tego źle. To moje odczucia, które mi się mocno znudziły.
Wczoraj mi wyszło takie obrzydzenie do moich rozmaitych uzależnień....fatalne. Latami byłam uwiązana przy komputerze, forach duchowych na których opisywałam siebie i szukałam uznania, kontaktów, dowartościowania się. Latami płakałam nad tym czego być może nie dało się rozwiązać, a rozwiązywałam to siłą. Latami wmawiałam sobie, że muszę dążyć do czegoś wniosłego, duchowego - jakby było trzeba do czegoś wracać. A jedyny powrót, który jest mi potrzebny, to powrót do uśmiechu i miłości.