Miałem mały posmak tego czym jest pracoholizm i empirycznie się przekonałem, że to nic dobrego.
A zaczęło się od tego, że kumpel dostał narzuconą mu pracę w formie wykonania pewnej analizy statystycznej (w gruncie rzeczy to napisania komuś połowy pracy magisterskiej). On jak to on, nie miał jeszcze nic zrobione mimo że był wtorek, a deadline do piątku. Ja akurat dopiero co zapłaciłem za nowiutki komputer, więc stwierdziłem że przyda się trochę na boku jeszcze dorobić, więc skorzystałem z tej o to okazji biznesowej i zaproponowałem swoją pomoc w zamian za część zysku, wedle jego uznania, w zależności od tego jak pomocny będę (wiedziałem, że jemu mogę zaufać w tej kwestii i mi nie poskąpi). No i wyszło na to, że przez kolejne dwa dni, chodziłem na 8 do swojej normalnej pracy na uczelni, wracałem do niego, jedliśmy obiad i pracowaliśmy do 1 w nocy, co nie było łatwe ze względu na dość intensywny umysłowo rodzaj pracy - drugiego dnia to już mi mózg odparowywał i popadałem momentami w lekką nieprzytomność, gdzie pś zaczynała nieco więcej kontrolować pewne moje zachowania niż świadomość. No ale to pewnie też dlatego, że mnie jeszcze przeziębienie złapało i organizm był dodatkowo osłabiony.
Trzeciego dnia, w piątek po pracy na uczelni mieliśmy już wszystko gotowe, więc mogłem w końcu wrócić do domu. Tu jednak też nie odpocząłem bo kilka godzin wcześniej dotarł kurier z wyżej wspomnianym komputerem, a że zamówiłem go w częściach i nigdy nie składałem sam kompa - znowu siedziałem aż do nocy, nim wszystko złożyłem i postawiłem system. Z powodu przeziębienia, zmęczenia po kilku dniach intensywnej pracy i krótkiego spania byłem dość wykończony, ale byłem w takim amoku że siedziałem i robiłem, pozwalając sobie tylko na krótką drzemkę regeneracyjną. Nawet matka mi powiedziała, że coś blado wyglądam, ale olałem i dłubałem dalej.
Dopiero wczoraj sobie odpocząłem i do teraz zbijam bąki - od kilku dni nie ruszyłem żadnych medytacji, afek czy czegokolwiek korzystając z tego, że i tak właśnie zmieniałem temat, więc mogłem sobie pozwolić na prawie tydzień przerwy. Widzę jednak że to nic fajnego, nie dlatego że mi zależy na szybkim przepracowaniu pewnych rzeczy, ale dlatego że przez te kilka dni byłem dość intensywnie odcięty od siebie, wywalając mnóstwo energii gdzieś na zewnątrz. Potrafię teraz zrozumieć dlaczego pracoholicy chcą być pracoholikami, bo to pięknie odcina od nich samych i pozwala się znieczulić. Wystarczy się do tego dostroić i wejść w ten trans intensywnej pracy i można tak wegetować, aż organizm nie siądzie.
Ja się w każdym razie na to nie piszę. Żadnej pieniądze nie są warte ceny, jaką się za to płaci - takie kilka pojedynczych dni jest jeszcze do zaakceptowania, ale na dłuższą metę to by było chore.
Co zabawne - to wszystko zaczęło się jakieś 3 dni po tym jak zacząłem słuchać medytacji na prosperującą świadomość - tej części, gdzie jest nastawienie na wyluzowanie i ogólny chill. Widzę, że pś ma co innego do powiedzenia na te tematy
