Tak sobie spojrzałem na Facebooku do albumu ze zdjęciami, dziewczyny ode mnie z pracy, tej która rodziła się dwie godziny po mnie w tym samym szpitalu. No i tak sobie patrzę, a tam zdjęcie z jakiejś imprezy na którym wtula się w dziewczynę, której jako pierwszej wyznałem miłość w tym życiu, kiedy mieliśmy po 10 lat (i która też uciekła na drzewo - dosłownie). Obok nich stał koleś, z którym byłem w grupie w poprzednim semestrze, a do którego jakoś mnie tak ciągnęło.
Takich zależności to ja widzę mnóstwo - trochę się przeprowadzałem, a i tak różni moi znajomi z różnych szkół i miejscowości, jakimś cudem się nawzajem skądś tam znają.
Jakoś tak poczułem się strasznie zmęczony i przytłoczony tą siecią ludzi. Nie dziwi mnie to biorąc pod uwagę, że tydzień temu na węzłach właśnie uzależnienie od jakiejś grupy ludzi jest tym, co nie chciało zejść do końca., ze względu na zbyt głębokie zakorzenienie.
W każdym razie gdziekolwiek bym nie poszedł to zawsze trafiam na ludzi przejawiających pewien rodzaj mentalności, który jest bardzo niefajny. Oni są pod względem tak podobnie, że mi się zlewają już w jedno - obecnie w pracy też pierwsza osoba z którą nawiązałem bliższy kontakt była tego typu osobą, ale dość szybko to urwałem i poszedłem w ciekawsze rejony. I choć te osoby z którymi trzymam są pod wieloma względami fajne, to też ich widzę jako część tej sieci (choć już bez tej konkretnej mentalności), widzę ich białe i niebieskie wzorce, widzę ich przynależność do jakiejś większej grupy UA, w której sam tkwię i z której chciałbym się w końcu wyrwać.
Tyle wcieleń obracania się w grupie tych samych istot jest męczące. Przynależność do struktury od której już się odstaje jest męcząca.