bry wieczór
Chciałam się czymś podzielić i podziękować Clintowi za jego otwarte mówienie o ojcu, bo zbiegło się to z moimi przepychankami w głowie nt mojego ojca. Bo w zasadzie rzeczy z dzieciństwa dotyczące mnie mam z głowy (przynajmniej już od kilku lat temat nie wypływał), ale miesiąc temu poruszone zostały moje żale, złość, pretensje, nienawiść w związku z tym co zrobił mamie (moja mama od 2 lat nie żyje) i po prostu jak czytałam Clinta to w głowie odzywało się co jest do załatwienia z moim ojcem a przed czym uciekam.
Dziś idąc biegać mówię do męża, że po powrocie będę potrzebowała sesji, bo już nie daję rady. I wiecie co? Nie dałam.
Gdy biegłam do głowy ciągle pchały się rzeczy do odreagowania. No to zaczęłam je odliczać. Po pewnym czasie przestałam liczyć, ale zaczęłam wrzeszczeć w swojej głowie to co chciałam wywrzeszczeć. Biegłam i płakałam. Musiałam sobie nos wytrzeć o rękaw, bo nie miałam chusteczki. Patrzyłam czasem na pulsometr aby kontrolować bicie serca, bo kiedyś te wszystkie rzeczy były powodem bardzo silnej nerwicy i zatrzymania akcji serca u mnie. Tętno utrzymywało się na stałym poziomie. Było dobrze. Biegłam i czułam jak to wszystko co we mnie siedziało wylewa się i zostaje strzepnięte z każdym krokiem. Tak jakbym się tego pozbywała i stawałam się coraz lżejsza i biegłam coraz płynniej. Miałam coraz więcej sił. Pod koniec jeszcze próbowałam jakieś negatywne rzeczy z siebie wykrzesać, ale nic już nie chciało się pojawić. Za to w słuchawkach zaczęła lecieć muzyka ze słowami hinduskiej modlitwy powierzenia się Bogu. Pomyślałam, że na dziś koniec biegu choć gdyby nie to, że ciało zaczynało mieć objawy przegrzania to biegłabym dalej, bo oddech, puls, mięśnie - wszystko było w normie.
I gdy uśmiechnięta biegłam sobie już w kierunku domu, nagle stało się coś trochę poza moją decyzją i uwagą.
Modlitwa. Czułam ją w sobie. To było tak zaskakujące, że aż cudowne. Tak jakby nie istniała PŚ, ani moje JA. Tam była mała Kasia (to ja

), która modliła się bardzo mocno o to, aby Bóg ją przytulił. To było takie przepełnione prostotą. Nie było żadnego kombinowania ego, żadnego, że "teraz powinnam skupić się na sercu", "a teraz powinnam powiedzieć takie i takie słowa" - była cisza. Głowa nie przeszkadzała w tym co się działo. Był tylko mój bieg i moja modlitwa. Czułam jak ta modlitwa staje się fizycznie. Wiecie co mam na myśli? Ta modlitwa nie płynęła, nie była, ja jej nie słyszałam, ja jej nie wypowiadałam, ona się stawała. "Widziałam" jak ona się dzieje. Czułam siebie totalną. Bez ubrań, ale nie nagą. Słyszałam jak modlitwa staje się TU. Nie było w niej nawet mojego JA. Ja było zajęte muzyką w słuchawkach. Obserwowałam jak Kasia "mówi": "Przytul mnie Boże. Proszę, przytul mnie"
Przebiegłam dziś dwa razy więcej niż moja zwyczajowa trasa. Mam nadzieję, że to uwolnienie było skuteczne i jeśli stanę twarzą w twarz z sytuacją to zachowam spokój.
Tak tylko chciałam wyznać, bo ktoś tu na forum o ile dobrze pamiętam też biega i modli się podczas biegu.