Nie wiem, od czego zacząć... Nawet nie chciałam pisać na forum o tym, bo wydaje mi się to takie w stylu osoby, która nie ma pojęcia o karmie i o rozwoju duchowym i tkwi w miejscu jak tępy bolec, bo się nie może pozbierać do kupy. Nie chciałam też nikomu głowy zawracać. Ale nie mogę sobie poradzić sama ze sobą, więc po tygodniu proszę... No - przynajmniej o życzliwe zmilczenie moich "wywalanek"...
Jakiś czas temu rozstałam się z chłopakiem. Wszystko było niby cacy (tak mi się wydawało), a teraz doszło do kilku niemiłych sytuacji, które sprawiły, że wyszło na jaw, jak bardzo byłam niepogodzona z tym, jak się sprawy rozegrały i z tym, kim się przez ten związek stałam (nie obwiniam nikogo, poza sobą), jak zmieniło się moje życie i jak dostosowywałam się do tej osoby... Jak bardzo znieczuliłam się emocjonalnie. Teraz, z racji wywalanek, przynajmniej czuję rozgoryczenie i niechęć, przez ostatnie 8-9 miesięcy trwania tej relacji nie czułam nic. Pierwsza lepsza decha z sękiem ma bogatszy wachlarz emocjonalny niż ja wówczas miałam.
W niedzielę odkryłam, że od jakiegoś czasu spotyka się z dziewczyną ze swojej pracy i się z tym afiszuje. Co znaczy, że sprawa trwa dłużej. Co oznacza, że coś było na rzeczy jeszcze, jak to nasze truchłowate... "COŚ", co miało być arcypoważnym związkiem, trwało. Nie sądzę, żeby miał mnie zdradzać, ale i tak czuję się zdradzona i oszukana. Zastanawiam się, co w końcu było prawdą. W tamtych ostatnich miesiącach zdarzyło się, że musiałam wyjechać na 1,5 miesiąca i przyjechałam do niego na weekend, to ledwie mnie dotknął. Czuję się jak ostatni bałwan.
Sprawdziłam profil tej dziewczyny. Jest dla mnie ewidentne, że od razu jak zerwałam z nim, ona "zabrała się do rzeczy". Nic do niej nie mam, myślę, tak na pierwszy rzut oka, ze pasują do siebie bardziej, niż ja do niego pasowałam (zresztą, on nie był nigdy w moim typie, nie wiem, jak przeciągnęłam ten związek na 2,5 roku mojego życia, skoro po 3-4 miesiącach już się w nim dusiłam i chciałam go zakończyć, ale wszyscy mi odradzali, żeby nie podejmować pochopnych decyzji i żeby przerobić pewne kwestie, które wychodziły na wierzch). Ale i tak czuję, że to jest jakiś chory żart. tym bardziej, że wiem, że on ma skłonności do tego, żeby swobodnie mówić komukolwiek, kto ma uszy i trochę czasu, o swoich wszystkich byłych i... nie zostawiać na nich suchej nitki. Świadomość tego, że jest gdzieś tam i mówi komuś źle o mnie, bardzo mnie boli. Jest mi strasznie przykro.
Teraz cały wysiłek, jaki włożyłam w bycie odpowiedzialną, dorosłą i świadomą partnerką, która nie rzuca nikogo pochopnie i pod wpływem impulsu, obrócił się w jakiś cyniczną parodię relacji międzyludzkich. W sumie - w ogólnym rozrachunku - niewiele przerobiłam, natomiast wyszłam z niego absolutnie z zerową wiarą w mężczyzn (skoro tak solidny i dbający facet jak on mnie oszukał, to ja już w żaden związek nie wierzę, nie mam żadnej nadziei). Moja ciało zapaskudziłam toksynami (złe jedzenie, alkohol, brak snu, stres, użalanie się nad sobą doprowadziło do nadwagi - w ciągu pierwszych 3 miesięcy, gdy byliśmy razem, przytyłam 12 kilo i nawet tego nie zauważyłam - ?!), więc teraz czuję się oszukana, wykorzystana, bardzo ale to bardzo niekobieca... Czasami aż sama sobie współczuję i sama się głaszczę po ramionach, żeby się pocieszyć po seriach autosabotażu, kiedy to stoję przed lustrem czy idę ulicą i zaczynam od: "nic dziwnego, że..." i "jesteś taka to a taka" (wszystko negatywne). Jak ktoś mógłby pokochać taką ofiarę losu? Wolałabym już kochać kogoś z oddalenia niż znowu narazić się na ignorowanie i wyśmiewanie - lub zadawać komuś ból ze względu na bagaż emocjonalny z tego wcielenia. Widzę to wyraźnie, jak bardzo byłam entuzjastycznie nastawiona do partnerstwa i związków 5 lat temu, kiedy zaczynałam z kimś na poważnie związek po raz pierwszy, a teraz. Serio, czuję się jak zużyta szmata do podłogi. Nie odczuwam w sobie młodzieńczego entuzjazmu ani radości, a to był mój znak rozpoznawczy - właśnie taka radość i spontaniczność. Wtedy tak łatwo było dla mnie się zakochać lub choćby zadurzyć... Teraz, gdy widzę atrakcyjnego mężczyznę (nie mówię wyłącznie o fizyczności), to patrzę na niego jak na muchę owocówkę. Z zainteresowaniem, może na chwilę mi oko zabłyśnie, jeżeli jest na czym je zawiesić, ale zaraz czuję nawarstwianie się oporów, chowanie się w sobie i strofowanie samej siebie.
Czy ja kiedykolwiek kogoś pokocham? Zaczynam w to wątpić. Czy pozwolę sobie jeszcze kiedykolwiek, żeby ktoś mnie po prostu zachwycił? Nawet jakby tylko na chwilę?

Beznadziejna. Po prostu beznadziejna jestem, wiem.