Coraz częściej doświadczam oświeconego, czystego stanu bycia. W tym stanie trudno mi odnaleźć siebie, ale moja percepcja jest bardzo klarowna. Kiedy leci muzyka w moim samochodzie (często ten stan przytrafia mi się w samochodzie na autostradzie w drodze z pracy), to nie ma osoby słuchającej, tylko czysty odbiór, wszystkie dźwięki brzmią tak bardzo pięknie. Stan ten cechuje się poczuciem złotego światła wewnątrz mojej głowy i ciała. W tym stanie nie ma też męczącej interakcji z podświadomościami innych ludzi. Traktuję go jako odpoczynek od pracy nad sobą, ten stan w sumie jest celem rozwoju duchowego. Nie czuję w tym stanie żadnych potrzeb, a wszystkie dialogi z innymi ludźmi są bardzo konkretne i harmonijne, wiele osób proponuje mi super rozwiązania, wszystko dobrze się układa. Często wchodzę w niego po rozwiązaniu jakiegoś mocnego wzorca w mojej głowie, czasem społecznego. Sytuacja układa się tak, że ludzie głupieją w mojej obecności, wchodza w różne dziwne zachowania, ja najpierw reaguję emocjonalnie, a potem w końcu świadomośc wypełnia ten wzorzec i rozpuszcza się on i u mnie i u ludzi którzy zachowywali się dziwnie. Nawiasem mówiąc od jakiegoś czasu mam silne poczucie że jestem chodzącym transformatorem rzeczywistości dookoła - wiele takich osób chodzi po świecie. Wracając do oświeconego stanu. Jakiś czas temu bałem się że ten stan mi zostanie, i że przez niego przestanę zajmować się pracą nad sobą i ogarnianiem mojego życia, w którym jeszcze jest sporo do ogarnięcia. Niedawno zrozumiałem, że życie jest na tyle inteligentne, że pozwala mi być w tym stanie tyle ile jest dla mnie korzystne, a kiedy jest to już potrzebne to sprawy doczesne ściągają mnie na Ziemię, żebym mógł z nimi pracować. Im więcej mam ogarnięte w życiu, tym więcej jest w nim miejsca na ten cudowny stan:) Choć wydaje mi się że ta potrzeba ogranięcia to iluzja, ale póki jest, to ją realizuję i rozpuszczam po trochu. Pojawia mi się potrzeba kreowania mojego życia, związków, finansów, właśnie poprzez pryzmat tego nieuwarunkowanego stanu. Kiedy z niego wychodzę, to moje życiowe starania wydają się kosmicznym wysiłkiem - ludzie ziewają na pierwsze słowa jakie ode mnie słyszą, nic nie jestem w stanie załatwić, jestem odrzucany, bezsilny itd. Wiem, że jeśli bym więcej zaufał, to moje życie samo by się układało bez konieczności wychodzenia z tego stanu, no ale taki proces, że raz w niego wchodzę, raz wychodzę. Oby przytrafiało mi się go, i wam, dużo więcej.