furyah,
Wydaje mi się, że buddyści bardziej rozwijają się duchowo niż chrześcijanie i muzułmanie. Po drugie rak zaczyna się w umyśle. A po trzecie to była mistrzyni zen więc już jakiś poziom, taka osoba powinna wiedzieć, że coś się dzieje.
To troche nieuzasadnione uwazac, ze buddysci bardziej rozwijaja sie duchowo niz chrzescijanie czy muzulmanie. Dlaczego? Bo wierza w reinkarnacje?
W buddyzmie jak wiadomo pleni sie podobne do chrzescijanskiego cierpietnictwo - przejmowanie cierpien innych istot na siebie, sluby nieoswiecenia dopoki inni sie nie oswieca itp. Moze w buddyzmie jest troche mniej blednych pogladow niz w wielu innych religiach, ale sa. Pani Braunek to nie pierwszy mistrz buddyjski o ktorym slysze, ze umiera na raka.
Poza tym, jesli chcesz zrozumiec, dlaczego uduchowieni ludzie rowniez umieraja (mam na mysli smierc w wyniku wypadku albo choroby), to polecam np. ksiazki Siergieja Lazariewa.
No i jeszcze cos - dlaczego z jednej strony panuje zdziwienie, kiedy uduchowiona osoba umrze, a z drugiej przekonanie, ze kazdy i tak musi umrzec?

Z tego, co zauwazylem malo kogo interesuje "zycie wieczne" w ciele fizycznym, czyli cialo fizyczne zjednoczone z Duchem. No to przeciez wiadomo, ze kiedys i na cos umrzec trzeba, jesli nie bierze sie pod uwage innych opcji.
Chociaz pewnie chodzi o to, ze po Mistrzu wszyscy sie spodziewaja opuszczenia ciala fizycznego w jakims Samadhi albo przynajmniej podczas snu:)
EDIT: dodam jeszcze, ze praktykujac buddyzm zen mozna wpasc w pulapke. Mianowicie przy bardzo ciezkich wywalkach nie ma sie nawet do kogo pomodlic.
Jak dla mnie czysty zen, bez wspomagania modlitwa, jest dla osob z bardzo czystym umyslem (oczyszczona karma), kiedy polaczenie ze Zrodlem nie jest zaklocane.