Facilite
w takim razie interesuje mnie to odmienne spojrzenie zawierające te różne opcje (kierowania się tylko tym czego się chce "naprawdę", uwolnienia od przymusów zewnętrznych, a przy tym solidnego spełniania obowiązków względem innych, tudzież kwestii odróżnienia dobra i zła w tym działaniu), fajnie byłoby poczytać jak to widzisz - może być w szerszym elaboracie ; )
Frisky, proszę, specjalnie dla Ciebie

Nie wiem, czy dobrze to wytłumaczę, bo ja to wszystko odczuwam i trudno mi to ubrać w słowa. Do tej pory nawet nie próbowałam. Jestem czuciowcem, ale to takim na maxa - jak czuję, to nie ma to żadnego odzwierciedlenia w ludzkim języku.
Dlatego może być dużo niespójności na pierwszy rzut oka, ale myślę, że przy dobrych chęciach da się to zrozumieć. Oczywiście nie wymagam ;P Nie jest mi to potrzebne (choć bardzo miło jest być rozumianą

, ani też nie jest mi potrzebne przekonywanie kogokolwiek, że tak jest. Najważniejsze dla mnie jest to, że ja to czuję, że to moje, że to działa, że jest mi lepiej, gdy tak robię

Aha, używam pojęć "dobro" i "zło" w rożnych znaczeniach (żeby potem nie było, że niespójne). Robię to świadomie, bo zakładam, że przeciętnie inteligentny człowiek przy dobrych chęciach będzie wiedział o co chodzi.
A jak ktoś nie ma dobrych chęci to niech się goni

Zacznę od podstawowego założenia, które implikuje wszystkie pozostałe kwestie.
Moja natura jest dobra (w sensie, że "tworzy" przyjemność dla mnie i dla innych, niekoniecznie bezpośrednio, no ale o tym za chwilę).
Jeśli moja natura jest dobra, to znaczy, że wystarczy, że będę robić to, czego naprawdę chcę. Zasady moralne są wtedy dla mnie zbędne. Nie muszę kierować się pojęciami dobra i zła.
Druga sprawa to kwestia tego, co mnie oddziela od tej natury. To nie moje, a więc "złe", w sensie że oddziela od siebie, w konsekwencji nie tworzy przyjemności. To jest wszystko co przyszło do mnie z zewnątrz (np. programy od rodziców, czy innych ludzi, różne przymusy powstałe na skutek złych doświadczeń, itd.).
Tak więc dobro - moja natura (przyjemność), zło - to co nie moje (ból oddzielenia). Postępując zgodnie ze swoją naturą tworzę dobro, natomiast poddając się temu, co nie moje oddzielam się, a wtedy nie jest przyjemnie.
Najważniejsza kwestia jest taka, żeby odróżnić jedno od drugiego, nie zawsze jest to proste. Bo mogę chcieć jednego i drugiego (np. jeśli jestem zwichrowanym mordercą, to będę chcieć zabijać, mimo że tak naprawdę zabijanie nie leży w mojej naturze, a przymusy związane z chęcią zabijania wynikają z procesu wychowawczego), ale gdy się dobrze wsłuchuję w siebie, rozpoznaję to. A nawet jeśli popełniam błędy, to nic się nie dzieje. Nawet w przypadku jakichś ekstremalnych rzeczy (przecież intencje się dogrywają, nie oceniam więc, czy zrobiłam dobrze, czy źle).
Jeszcze raz wrócę do tego - trzeba dobrze ocenić, np. w przypadku gdy czegoś chcę, patrzę przede wszystkim, jakie przyniesie to rezultaty, czy mi się spodobają, czy skrzywdzę innych, czy chcę czegoś pomimo tego, że wywoła to cierpienie (wtedy wiem, że to tylko przymus) i czy jestem skłonna ponieść ewentualne konsekwencje. Zwyczajnie używam rozumu

, ale nie tylko.
I jeśli zdecyduję, że naprawdę tego chcę i jestem skłonna ponieść konsekwencje tego (np. chcę się napić wódki i godzę się na kaca nazajutrz), to to robię.
Jeśli się pomylę np. ulegnę nałogowi alkoholizmu, to trudno. Proces nauki na tym polega. A może to np. uchroniło mnie przed czymś gorszym? Tak jak pisałam wcześniej, nie jestem w stanie ocenić tego umysłem, więc nie oceniam. Liczy się tylko, że chciałam się napić. I nie rozpatruje tego w kategoriach błędu czy jego braku.
Im częściej tak postępuję, tym częściej wiem, czego tak naprawdę chcę i tym mniej "błędów" popełniam.
Czasem doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że to przymus mną powoduje, ale i tak w to idę, bo chcę. Coś mi to daje. I wiem, że kiedyś (prędzej czy później) samo odpadnie.
Najważniejsze moim zdaniem to przestać się bać, albo bać się ale robić coś pomimo leku (jeśli oczywiście się czegoś bardzo chce). Wtedy na własnej skórze można się przekonać, że strach ma wielkie oczy i że nie ma sytuacji bez odwrotu i bez wyjścia (przecież nawet śmierć nie jest końcem).
Co do solidnego spełniania obowiązków wobec innych

Chodzi o niekrzywdzenie innych. Moja natura jest dobra, nie będę chciała więc tego robić. A jeśli będę chciała, tzn. albo ciśnie mnie jakiś przymus, albo że jest to w jakiś sposób potrzebne (dopuszczam taką możliwość). Z tym że nie oceniam, czy jest to potrzebne, nie manipuluję (nie robię czegoś dlatego, że oceniam, że to będzie "dobre"), tylko postępuję zgodnie z tym, co mam na ten moment w środku. W tym sensie jestem prawdziwa - jeśli mam syf, to epatuję syfem, normalne ;p.
Ale jeśli będę w ten sposób postępować, ten syf się będzie zmniejszał, a ja coraz bardziej będę zbliżać się do swojej natury.
Powtórzę jeszcze raz - jak dla mnie w relacjach z innymi chodzi o to, żeby robić to, co się chce, nie manipulować, być prawdziwym. Ale jeśli nie jestem, to muszę spodziewać się normalnych konsekwencji podjętych decyzji. Jeśli urodziła mnie matka, która miała mnie w... głębokim poważaniu, to może się spodziewać tego, że też się na nią wypnę. Normalna konsekwencja podjętej decyzji.
W tym sensie nie dopełniła swojego obowiązku i poniesie (albo i nie ;p) tego konsekwencje.
O obowiązkach dorosłych wobec dziecka napisałam w kategoriach ludzkich. Jeśli nie chcę krzywdzić innych, to nie będę lekkomyślnie robić dzieci, tylko zastanowię się, co mogę im dać, jak się zachować, itd. I to są te "obowiązki", tego mamy prawo spodziewać się po rodzicach. W zwykłych ludzkich kategoriach. Na innej płaszczyźnie, duchowej nie ma obowiązków, jest chęć tworzenia przyjemności lub nie, ale w ludzkich kategoriach będę mówić o obowiązkach rodzicielskich. Dla mnie to się nie wyklucza.
Kurcze, mam nadzieję, że nie ma tu zbyt wiele niejasnych sformułowań, bo tak dużo napisałam, że nawet mnie samej nie chce się tego jeszcze raz czytać i sprawdzać. I myśleć

Zdecydowanie wolę odczuwanie
