Czym skutkuje uwolnienie się od wstydu ? Wzrostem jakich cech?
Jakieś doświadczenia i efekty dla potrzebujących inspiracji ?
Pewnie że mam doświadczenia związane ze wstydem (ogromnym!), z uwalnianiem się od niego i efektami tegoż
Ja nie rozpatruję tego w kategoriach cech urzeczywistnienia, a odbieram to prościej:
Odkąd poziom mojego wstydu* wydatnie się zmniejszył, coraz bardziej zbliżam się do siebie, mogę coraz lepiej siebie wyrażać, przejawiać to, co moje, po prostu być sobą (co z kolei skutkuje czystą przyjemnością

], a to jest wartość sama w sobie.
[Choć oczywiście uznaję tę zależność: Niższy poziom wstydu = wzrost akceptacji siebie. To jest to samo, tylko słowa inne

, ale często słowa mają znaczenie]
*Ja nie odróżniam tak jak Bradshaw wstydu toksycznego i zdrowego.
Wg niego toksyczny wstyd uderza w samą istotę człowieczeństwa, powoduje "poczucie bycia kimś ułomnym, bezwartościowym, nie takim itp z natury" (czyli to, co opisała Liliole).
Z kolei zdrowy wstyd wynika z zauważenia, że człowiek nie jest wszechmocny, nie jest Bogiem.
Uważam, że to rozróżnienie ma się nijak do rzeczywistości. Wg mnie każdy wstyd (czyli po prostu wstyd) jest toksyczny, a tzw. "zdrowy" wstyd to nic innego, jak zdrowa ocena siebie, swoich możliwości i sytuacji, bez osądzania. Czyli widzę, że nie jestem wszechmocna, akceptuję to i nie osądzam (że to dobre czy złe, że jestem gorsza <w ogólności> czy lepsza) i postępuję adekwatnie do sytuacji. Więc jeśli np. jeśli zauważam, że nie potrafię fruwać, to nie będę skakać z wieżowca, licząc na to, że polecę, ale też nie czuję się z tego powodu gorsza od ptaka (nie wstydzę się tego, że jestem "tylko" człowiekiem).
Tak właśnie działają zwierzęta, bezwstydnie (w dobrym tego słowa znaczeniu).
Jeśli jakiś osobnik jest tak słaby, że zajmuję najgorszą pozycję w stadzie, to nie osądza "jestem bezwartościowy, ułomny, nie taki jak trzeba", a godzi się z tym bez problemu i działa zgodnie z tym, co - na dany moment - jest.
Jeśli natomiast wzmocni się na tyle, że będzie w stanie zdetronizować przywódcę stada, wtedy bez problemu wskakuje na jego miejsce. Nie ma z tym problemu, bo wstyd go nie ograniczył (nie spętał). Znów "akceptuje" rzeczywistość, ocenia "mogę, stać mnie na to, więc robię". Nie jestem ani lepszy ani gorszy (tak ogólnie), jestem taki jaki jestem i robię to, na co mnie stać w danym momencie.
Dla mnie najlepszą metodą pracy z wstydem było i jest przyznawanie się (najpierw przed sobą samą, a potem także przed innymi) do tego, czego się wstydziłam (na tyle, na ile mogłam) i świadome przeżywanie tego uczucia (czasem była to praca metodą EFT, a czasem wypuszczałam wstyd z ciała bez żadnych działań zewnętrznych, bez pukania

.
I robiłam to konsekwentnie, najpierw małymi kroczkami, wtedy to ze strony ciała były różne odpowiedzi (np. totalne drżenie, dreszcze), a teraz przebiega to już dużo szybciej i dużo łagodniej, czasem nawet prawie niezauważalnie.
Tak potraktowany wstyd po prostu odchodzi.