Ostatnio dużo uwalniałem z moją rodziną, i czuję że oni nie są w stanie już nawet próbować na mnie wpływać. Całkiem zniknął mi ich autorytet. I czuję że teraz sam powinienem zostać moim autorytetem, ale zamiast tego ostatnio rośnie we mnie potrzeba łamania zasad, w tym moich własnych co uskuteczniłem. Nie będę opowiadał co robiłem, ale złamałem kilka zasad, zrobiłem kilka rzeczy które uważam za nietaktowne, niestosowne, niezgodne z moimi zasadami, i z jednej strony poczułem się dobrze, a z drugiej strony dziwię się, że wcale się nie czuję po tym inaczej, świat się nie zmienił, ptaki ćwierkają a ludzie jacy byli tacy są dalej - i z jednej strony dalej mam potrzebę łamania zasad, a z drugiej czuję że to nie ma żadnego sensu - i podświadomość jest w kropce, zgłupiała i nie wie co ze sobą zrobić. Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić co we mnie zachodzi i pomóc pokierować samym sobą?
Edit: Napisanie posta jak zwykle mi pomogło:)) Czuję też że Bóg we mnie to dobry autorytet i coś co daje poczucie ugruntowania, ale z drugiej strony właśnie wyłamałem się spod autorytetów i dlatego nie jestem pewien w którą stronę chcę iść dalej. A jednak zawsze kiedy słucham Boga w sobie to dobrze na tym wychodzę.
Zrozumiałem się że boję się sam sobie być autorytetem i korzystać z Boskich inspiracji jakbym był sam na świecie
Jak patrzę wstecz na moje życie, to widzę że zawsze i tak byłem bardzo oporny na autorytet i życzliwe rady nawet dobrych znajomych i do wszystkiego musiałem dojść sam, nawet jeśli mi to powtarzano dziesiątki razy. Może czas to zaakceptować, że zawsze sam dla siebie byłem autorytetem i tylko z przymusu słuchałem wszystkich dookoła. Jak to piszę, to czuję że spływa mi fajne światło z korony do splotu
