Mateusz, Inga,
od razu wyjaśnię, że nie nawiązuję tutaj bezpośrednio do Waszych wypowiedzi. Przy okazji chcę napisać kilka słów od siebie

Rozwój polega na wolnośći a nie na zakazach, nakazach i przykazaniach. To domena religii.
Myślę, że takie nakazy i zakazy, jak np. zakaz obwiniania, w dużej mierze wynikają ze strachu przed ugrzęźnięciem w fazie obwiniania. Obawy takiej osoby, która się boi i z lęki przed zmianą (czyli przed niewiadomą) nie dopuszcza do tej zmiany, nie są bezpodstawne. Bo załóżmy, że zrobi ten krok, którego tak się boi i pozwoli sobie na obwinianie. Wtedy, jeśli (znów z lęku) nie pozwoli sobie na zmianę (czyli na wyjście z fazy obwiniania), może faktycznie utknąć w stanie obwiniania wszystkich za wszystko.
Przyczyną takiego stanu rzeczy będzie strach – tak jak wcześniej ten ktoś bał się obwinić kogokolwiek (choć miał na to ochotę), tak teraz boi się przestać obwiniać. Czyli praktycznie nic się nie zmieniło. Strach rządzi życiem takiej osoby.
Człowiek który się boi, musi przestrzegać reguł, nakazów i zakazów, bo inaczej jego życie stałoby się nie do wytrzymania.
Z kolei ktoś, kto nie poddaje się swoim lękom, nie musi przestrzegać reguł, bo po co?
Taka osoba robi to, na co ma ochotę, bo wie, że gdy człowieka nie krępują lęki, to idzie on naprzód, nie zatrzymuje się w miejscu (czyli w tym przypadku w stanie obwiniania). Tak jak w życiu: wszystko przemija, żaden stan nie trwa wiecznie, chyba, że człowiek go siłą zatrzymuje (ze strachu).
Z mojego doświadczenia wynika, że tak właśnie jest z obwinianiem. Jeśli się ma na nie ochotę, wystarczy sobie na nie pozwolić, bez żadnych ograniczeń typu "bo nie wolno", "bo niekorzystne", itdp. i pozwolić, by przeszło. Bo, że przejdzie, jeśli nie będzie przez nas powstrzymywane z lęku przed zmianą, to pewne. Wszystko przechodzi. Wystarczy nie przeszkadzać, nie słuchać swoich leków, bo lęk – jako przeciwieństwo miłości – prowadzi na manowce.
Inna sprawa jest taka, że jeśli pozwolę sobie czuć to, co czuję, nie oceniam tego, nie tłumię, to uwalniam to uczucie, wtedy świadomość się rozszerza, a w tym stanie nietrudno zauważyć, że obwinianie nie ma sensu. Ale trzeba sobie to uświadomić, a nie przyjąć na wiarę, bo ktoś tak powiedział. A żeby sobie uświadomić trzeba to wypuścić z podświadomości, trzeba dać temu upust. Czyli pozwolić sobie na obwinianie (choć niekoniecznie trzeba obwinić, ale trzeba sobie na to pozwolić).
A zatem – wystarczy się nie powstrzymywać ani przed obwinianiem, ani przed zakończeniem obwiniania, słuchać siebie, pytać, co w danym momencie jest mi potrzebne. Jeśli obwinianie przynosi ulgę, to obwiniać, jeśli przestało przynosić ulgę, a przysparza tylko cierpienia, to przestać.
Być elastycznym, słuchać siebie, stale reagować na swoje obecne potrzeby.
Nie powstrzymywać się przed niczym, ale też do niczego nie przywiązywać. Wtedy jest się prawdziwie wyzwolonym
