Heh, oświecenie - słowo poruszające wyobraźnie, wzbudzające pragnienie wolności od wszelkich ograniczeń i cierpienia, dające motywacje do rozwoju i poczucie sensu oraz powodujące wiele innych rzeczy w zależności od naszych intencji w temacie.
Brakuje ci bliskości i zdrowych relacji, nie lubisz swojej pracy, czujesz się bezsilny wobec nurtu życia, boisz się, męczy cię stres czy cokolwiek innego... Czujesz się zniewolony przez jakieś mniej lub bardziej nieokreślone siły, czujesz że gdzieś tam w tobie albo na zewnątrz jest jakaś moc, która nie pozwala ci na szczęście i spełnienie.
I wtedy pojawia się ono - pojęcie oświecenia. Obietnica pełnej wolności, szczęścia, spełnienia i wszystkiego co najlepsze. Wyzwolenie od tego wszystkiego czego tak bardzo nienawidziłeś, co cię straszliwie wkurzało, wzbudzało w tobie niechęć i obrzydzenie. Piękna wizja, prawda?
A więc teraz masz cel - oświecenie, które ma ci zagwarantować... zaraz, no właśnie... Nawet nie zdałeś sobie sprawy, kiedy zacząłeś mylić cel ze skutkiem. Oświecenie nie jest celem rozwoju. Oświecenie jest skutkiem prawidłowego rozwoju. Różnica w podejściu jest ogromna, efekty zupełnie różne.
Gdy mówisz, że dążysz do oświecenia to czy w ogóle wiesz o czym mówisz? Czy wiesz co rzeczywiście jest twoim celem? Czy masz tak głęboki wgląd w rzeczywistość, że potrafisz poczuć ten cel całym sobą? Czy potrafisz widzieć ten cel w całości takim jakim jest, bez twoich zbędnych wyobrażeń? Jeśli nie, a mimo to rozwijasz się właśnie po to, aby osiągnąć ten cel i to właśnie on stanowi twoją główną motywację - jesteś jak pijany kierowca, który chce dojechać do pewnego bliżej nieokreślonego miejsca w innym kraju, bez korzystania z mapy i drogowskazów. Z dużym prawdopodobieństwem jesteś osobą, która szarpie się bezskutecznie ze swoimi problemami i marzy jedynie o uzyskaniu tej cholernej wolności od wszystkiego, żeby w końcu był święty spokój. Oczami wyobraźni widzę jak tłumisz swoje pragnienia, odrzucasz te części siebie, których tak bardzo nie znosisz i robisz wiele innych bliżej nieokreślonych głupot, żeby osiągnąć swoje bliżej nieokreślone oświecenie. Ile różnych definicji oświecenia już przyjąłeś przez swoje wszystkie wcielenia? Ile idiotycznych praktyk już wykonałeś, aby je osiągnąć? Nawet nie odpowiadaj.
A wiesz czego tak naprawdę
teraz potrzebujesz? Rozwiązania tych problemów, które cię
teraz męczą. Zajęcia się sprawami, które
teraz są najważniejsze.
Jesteś nieszczęśliwy? To sobie zadaj szczerze pytanie dlaczego i uzdrawiaj po kolei, wszystko co taki stan rzeczy powoduje. Odczuwasz niespełnienie? To pracuj nad spełnieniem. Brakuje ci obecności Boga w życiu codziennym? To poznawaj Go przez modlitwę i medytację, uzdrawiaj relacje z nim.
To są właśnie cele zdrowego rozwoju. Małe i większe kroczki, których wykonanie doprowadzi cię samo do oświecenia, bez twojej konieczności wiedzenia czym ono jest i bez dążenia do niego. Po prostu pytaj Boga, co na
teraz jest najlepsze i najkorzystniejsze dla ciebie i to rób. Każdy ma swój własny zestaw rzeczy do zrobienia (dlatego nie ma uniwersalnej drogi do oświecenia), po którego wykonaniu jest ten upragniony cel.
Wiecie jaka jest największa różnica w obu podejściach? W tym błędnym podejściu człowiek próbuje sam zrozumieć czym jest oświecenie i samemu wyznaczać drogę, aby zachować kontrolę i wiedzieć dokładnie jak, gdzie i dlaczego idzie. Kompletny brak zaufania do Boga.
W zdrowym podejściu, gdy ufamy Bogu - wystarczy nam świadomość co mamy
teraz robić i nie musimy sobie zaprzątać główki rzeczami, które na dany moment nie są nam do niczego potrzebne. Bóg nas prowadzi za rączkę do celu i wystarczy, że On wie jak ten cel wygląda i jak do niego dojść. My dzięki temu możemy w pełni się koncentrować na chwili obecnej i efektywnie się nią zajmować. Można się buntować przeciwko takiemu brnięciu "na ślepo", ale nie wyobrażam sobie jak można się oświecić bez bezgranicznego zaufania do Boga.
Post jest do przemyślenia przede wszystkim dla osób, które więcej myślą o oświeceniu niż np. uzdrowieniu relacji z tatusiem.
