Olga
kojarze jednego, ktory sie oświecil. Gdy odchodzil z domu to moim zdaniem zachowal się jak tchórz, bo mogł zostać. Miał mnie, mial swoją ukochaną i bardzo nas kochał, a po prostu poczuł, ze odejscie jest ważne. Mi zostawil male ułatwienie /wskazówkę do uzdrowienia/-, bylam tak zaślepiona, ze zamiast z tego skorzystac fundnęlam sobie z tego obciażenie na wiele wcieleń aż do tego. Tak bylysmy z Jego ukochaną zaperzone, ze Jego Milość odebralysmy jako wrogość. Nie chciałysmy go znać. Nie wzrósł nagle materialnie, nie zmienil się fizycznie, nawet chor Aniołów nie śpiewał gdy się zjawial,, niebo się nie otworzylo, etc. Miala takie oczy "po" ze dzisiaj jest mi cieplo na sercu jak to sobie przypomnę. Choc pamietam, ze czesc ludzi go nie widziała. Jakby nie mozna Go było zaczepić. Ciężko jest na logikę wyobrazić sobie czlowieka skladającego się z samej milości. Tym bardziej, ze jego pojawienia się otwieraly to, co ludzie chcieli pochowac przede wszystkim przed sobą. Z czasem też go przestalam widzieć- zwyciężyły osobiste animozje do esencji miłosci
Myślę, że po wiekach "procedura" się nie zmienila:D