Opiszę coś, co mi się przydarzyło ponad rok temu. Spotkało mnie to podczas powrotu z pracy do domu. Jechałam sobie samochodem rozmyślając o akceptacji, bo wtedy właśnie intensywnie pracowałam nad zmianą podejścia do siebie na całkowicie akceptujące.
Bardzo lubię jazdę samochodem, zwłaszcza w samotności. Wycisza mnie to i niesamowicie relaksuje
Gdy tak sobie jechałam, będąc w dobrym nastroju, w pewnym momencie stało się coś dziwnego. Poczułam, jak to jest, gdy kocha się siebie i akceptuje całkowicie. Poczułam, że absolutnie nic więcej nie jest mi do szczęścia potrzebne. Poczułam pełnię szczęścia. Poczułam siebie prawdziwą.
To było tak cudowne uczucie, że nie sposób tego opisać słowami (bo cokolwiek bym nie napisała, to i tak nie odda tego, co wtedy czułam). Dlatego do tej pory nawet nie próbowałam tego zrobić. Dopiero gdy przeczytałam słowa Mirka, to ucieszyłam się, że ktoś pisze o czymś tak mi bliskim i znajomym
I pomyślałam sobie: A dlaczego właściwie by o tym nie napisać?

Wracając do tamtego stanu rozszerzenia świadomości: Nie było tam żadnego rozpływania się w czymkolwiek, a wręcz przeciwnie – czułam, że to ja jestem pełnią szczęścia. Żadnej pustki, tylko pełnia.
W ogóle nie było tam żadnej obcości, tylko pełnia mnie prawdziwej, niesamowicie bliskiej i znajomej. Nie było ani grama lęku, była pełnia bezpieczeństwa. Nie było żadnego przymusu, była pełnia możliwości. A jednocześnie pełnia spełniania. Niesamowity spokój i radość z samego faktu istnienia, które w takim stanie jest prawdziwą przyjemnością. W stanie miłości, delikatności, wyrozumiałości i akceptacji dla samej siebie.
Trwało to kilka, może kilkanaście minut (nie pamiętam dokładnie), a potem zaczęło powoli ustępować. Ale nie pozostawiło tęsknoty, smutku, czy czegoś podobnego. Wręcz przeciwnie – radość, że coś takiego jest możliwe. I pamięć tego

No i cudowny nastrój

Od tamtej pory wiem, co chcę osiągnąć, co jest celem mojego istnienia

I wiem, jak do tego dojść. Wiem też, że jestem coraz bliżej siebie, bo coraz bardziej czuję się szczęśliwa

Nie muszę się już bać tego, dokąd idę. Nie muszę się bać mitycznego oświecenia. Nie wiem, czy tak wygląda oświecenie, ale jest mi to obojętne, bo przestałam się nad tym zastanawiać.
Nie dążę już do oświecenia, ale do pełni szczęścia bycia sobą, a to jest tak wspaniałe, że nie muszę się tego bać, bo to jest tak, jakby wracać do ukochanego domu po długiej, męczącej podróży

Im się jest bliżej, tym bardziej czuje się jego cudowną atmosferę. A serce samo rwie się do niego
Po prostu wracam do siebie. Bo to ja sama (ta prawdziwa) jestem największym szczęściem. Nie muszę już uciekać od siebie, bo we mnie jest wszystko, co jest mi potrzebne do szczęścia.
Ja jestem szczęściem
