A może Budda był potrzebny żeby rozpowszechnić na tym świecie wiedze o oświeceniu, nie tyle o samej drodze co o samej możliwości. Po co mieliby ujawniać się kolejni mistrzowie, które mieliby do powiedzenia praktycznie to samo? Pewne rzeczy musiały być powiedziane i do tego doszło, zainteresowani mają możliwość dojścia do odpowiedniej wiedzy, która jest potrzebna przede wszystkim na niższych etapach rozwoju.
Wg mnie na wyższych etapach powinna działać już samodzielność i niezależność, a rozwój powinien iść w górę poprzez bezpośredni kontakt z Bogiem, bez pośredników. Po co miałby się taki oświecony pojawić? Żeby namieszać nam w głowach tym swoim oświeceniem? Żebyśmy zamiast skupić się na sobie i na tym, gdzie jesteśmy TERAZ zaczęli niezdrowo się podniecać naszymi interpretacjami jego oświecenia? Żebyśmy zaczęli nawet nieświadomie dążyć do naszych wyobrażeń o tym, czym jest jego oświecenie? Żebyśmy próbowali iść na skróty i naśladować jego sposób bycia (żreć to samo, mówić to sam, myśleć to samo, rezygnować z tym samych rzeczy, itp).
Widać jak ludziom odwala przy takim Leszku, a co dopiero by się działo przy kimś, o kim byłoby oficjalnie wiadomo że jest oświecony. Jedni by nie widzieli siebie, bo tylko oświecony byłby w ich głowach, a jeszcze inni rozpętywaliby gównoburze o tym, czy on naprawdę jest oświecony, ludzie by się kłócili, hejcili, niezdrowo podniecali, uzależniali, itp. itd.
Myślę, że osoby o rzeczywiście bardzo wysokim poziomie urzeczywistnienia i nie mające żadnej karmy awatara czy guru do przerobienia, po prostu mają na tyle dużo oleju w głowie i na tyle dobre intencje, że trzymają się od tego syfu z daleka. Nawet jeśli mają kogoś nauczać to są to pewnie pojedyncze przypadki, kameralne, na gruncie prywatnym o których nie przeczytacie w Internecie, bo nikt tego nie rozpowiada całemu światu. Oni sobie po prostu żyją z dala od tego wszystkiego i mają święty spokój.
W dzisiejszym świecie nie potrzebujemy Buddy. Mamy Internet

Może to zabrzmi śmiesznie, ale prawda jest taka, że dostęp do wiedzy duchowej stał się powszechny. Mamy dostęp do wiedzy, która wystarczy do osiągnięcia duchowej dojrzałości i samodzielności. Niepotrzebny więc nam żaden oświecony wybawiciel. A jak ktoś ma spinę, że chciałby takiego spotkać to niech szuka w sobie tych wszystkich rzeczy, tam jest wszystkiego wystarczająco dużo

A samo oświecenie pewnie nie pojawia się zbyt często, bo to nie jest takie hop siup. Fajnie, można sobie całe życie praktykować rozwój i robić to nawet dobrze, ale to nie znaczy, że od razu w ciągu życia się oświecimy. Nie wszystko da się przyspieszyć afirmacjami. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzewać, a do tego trzeba czasu. Nie mam pewności jak jest, bo to jeszcze nie moje etapy, ale wydaje mi się że na tych wyższych często po prostu rzeczy zwalniają bo już nie ma pośpiechu, czas nas nie goni, nie dzieje się nic złego, a przed nami wieczność. Jeśli jest więc naturalna potrzeba zatrzymać się na jakimś etapie i go podoświadczać jakiś czas to pewnie się to dzieje. Mamy calutką wieczność, więc ileś tam wcieleń w te czy we wte naprawdę nie robi wielkiej różnicy.
Wszelkim rozwojcom, którzy tego nie czują - radziłbym naprawdę zaakceptować fakt, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem nie oświecicie się w tym życiu, a może nawet w stu kolejnych. Dobrze jest sobie odpuścić spinę oświeceniową.
Budda zapewne był w swoim słynnym wcieleniu już o włos od oświecenia od samego urodzenia. Zostały mu pewnie jakieś zdechłe resztki karmy, których nie ogarnął wcześniej, a które sobie oczyścił do końca i jak odpadła mu ostatnia rzecz - po prostu się stało.
Może oświecenie nie jest takie trudnodostępne, może i byłbym w stanie osiągnąć to w tym życiu? A może jest to subtelny proces, który na wyższych poziomach wymaga dogrania tak wielu elementów, że zajmie mi to jeszcze tysiące lat?
Szczerze? Wszystko mi już jedno. Teraz jest mi dobrze i jest coraz lepiej, więc tego się trzymam
