Dochodzi do mnie, że dalsza część uzdrawiania mojej relacji z Bogiem to będzie już praca nad puszczaniem oporu przed przejawianiem go. Nie czuję już buntu na Boga, nie chce mi się z nim walczyć czy udowadniać mu jakichś rzeczy (choć pś pewnie coś tam jeszcze ma do puszczenia), na teraz jednak zostaje mi puszczanie oporu przed Bogiem i pozwalanie na przejawienie jego cech. Ostatnio czułam spory strach w sercu, że jak go dopuszczę do siebie, to mi wpierdoli

ale po kolei usuwałam wszystkie myśli, aż doszłam do głębokiego wyciszenia, a i strach zniknął. W sumie tam już nie było myśli, tylko spokój. Bardzo fajne to było, jednak muszę przyzwyczajać podświadomość do coraz częstszego takiego stanu, do pozwalania sobie odczuwania wysokich wibracji. Co jest dla mnie nowością i przestawieniem się z bojowości na delikatność, łagodność, spokój i harmonię.
W sumie to chyba całkiem fajne może być
