Robiłam dziś dalszą część uzdrawiania relacji z Bogiem. Wg Leszka ostatnio miałam tę relację uzdrowioną na 90%, później coś mi zaczęło wywalać i koło 80%, ale przyznam, że od dłuższego czasu nie czułam już intencji walki z Bogiem, raczej stopniowe godzenie się z nim. I tak mi coś nie pasowało do końca, ruszyłam temat i się pokazało poczucie winy, bardzo stare, które już wielokrotnie przerabiałam, ale nigdy do końca. Dziś jednak zrobiłam jakiś proces, zupełnie spontanicznie, tak jak czułam, tak robiłam.
Zapuściłam jakąś muzyczkę i zaczęłam robić wg schematu tego, co Mariusz zamieścił na fb:
http://www.youtube.com/watch?v=ChH1zpVqoiI&feature=shareNie wiem o co w tym chodzi, ale jakoś zaczęło to chyba działać.
Modliłam się o pełne uzdrowienie mojej relacji z Bogiem, sobą, przykładałam dłonie w określone miejsca, zaczęły mi przychodzić obrazy jak występuje jakby z szeregu od Boga i odchodzę (jednocześnie błagając go w duchu by mnie zatrzymał, bo bez niego wiem, że upadnę, jednak uparcie idąc naprzód), masakarycznie się rozryczałam... i płakałam i płakałam, uwalniałam to poczucie winy, ta sytuacja zaczęła się stopniowo zmieniać, mocno go przepraszałam wg Ho'oponopono za to co zrobiłam. Później byłam w stanie już się odwrócić w jego kierunku, zaczęłam to robić i dalej go przepraszać. W końcu znalazłam się w przestrzeni, gdzie znajdowali się Budda, Jezus, Serafin (anioł, do którego czasem modlę się w procesach) i jeszscze inni, którzy wspomagali mnie w rozwoju, wszyscy oni patrzyli tak wspierająco na to się dzieje. Dalej czułam to poczucie winy i dalej płakałam, spytałam w końcu gdzie jest Bóg, a oni, że tu wszędzie. Tak jakby cały czas czekał na mnie. Byłam już w stanie powoli się z nim pojednywać. Okazało się, że jeszcze jest ktoś, wobec kogo mam poczucie winy i wtedy pojawiło się moje WJ i tak samo je przepraszałam. Czułam jak oni wszysycy mnie wspierają samą swoją obecnością, zupełnie nie ingerowali w to co się działo, cieszyli się, że wróciłam. Nie skończyłam tego procesu, ale po tym co zrobiłam poczułam sporą ulgę w sobie.
I co ważne, przyszło mi już wcześniej zdanie "Pozwalam się kochać", które rozpuściło złe samopoczucie jakie zostało mi od wczorajszej sytuacji z rodziną. To zdanie jest dla mnie o tyle istotne, że odkąd pamiętam walczyłam z Bogiem i próbowałam mu na tysiąc sposobów udowodnić, że wcale go nie potrzebuję, a swoją miłość może sobie wsadzić. Zaczynam pozwalać sobie by Bóg mógł mnie kochać i by to zaczęło przekładać się na świat, ludzi, samą siebie

Już nie mogę doczekać się skończenia tego procesu!