Proszę o wsparcie, tudzież radę, inspirację;) Od poniedziałku mieli mnie strasznie w tematach pracy. Byłam w weekend na warsztatach u Kingi Roszczyniały o związku ze sobą i związkach z ludźmi. Zawsze po takich spotkaniach mam powera do pracy nad sobą i dużo ciekawych efektów, otwieram się na ludzi, przychodzą do mnie cudowne niespodzianki, wiele się uzdrawia, a teraz z kolei mocno ruszyło się z pracą.
Na warsztatach uświadomiłam sobie jaką wartościową jestem osobą, poczułam że naprawdę siebie lubię i że inni ludzie również odbierają mnie bardzo pozytywnie. Doznałam lekkiego szoku, bo mimo dużych zmian jakie we mnie zaszły szczególnie przez dwa ostatnie lata, przywykłam do pewnego obrazu siebie w swojej głowie i nie chciałam do końca zauważyć jaka jestem wyjątkowa i jak ogromne postępy zrobiłam.
I wszystko super - jestem wyjątkowa, wartościowa, doceniana przez innych, ale życie znowu zaczęło mi się wywracać do góry nogami:p Cieszę się bardzo, jednak nastąpił dla mnie najtrudniejszy moment, żeby się z tymi zmianami w końcu skonfrontować. Od poniedziałku czuję się fizycznie i psychicznie jak zombie, bolą mnie mięśnie, nadgarstki odmawiają posłuszeństwa. Odpuściłam w sesji sporo kontroli, spinałam się strasznie, bo cały dzień nie chciałam pewnych rzeczy puścić. Dzieją się też dziwne rzeczy z moimi zębami, jakaś nadwrażliwość, ósemka mi wyszła do wycięcia chirurgicznie (a się boję takich rzeczy), z wrażenia nowa plomba mi nawet wypadła:P Nie wiem czy to ma związek, ale to też mnie teraz męczy.
Od wtorku każdy dzień w pracy zaczyna się bardzo emocjonalnie, czuję się jak tykająca bomba czekająca na odpowiedni moment, żeby wybuchnąć. Kiedy udaje mi się uspokoić, dalej czuję, że to już po prostu mój koniec tutaj. Przyszłam do tego hotelu z niefajnymi intencjami i po niecałym roku miałam tak dość, że szukałam intensywnie innej pracy. Wtedy rozpętał się ten pożar w moim domu i przez jakiś czas nie miałam głowy na zmianę pracy a hotel stał dla mnie otwarty. Dziewczyny przyjęły mnie ciepło, poznałam wtedy dziewczynę z którą się zaprzyjaźniłam, zmienił się prawie całkowicie skład grupy, atmosfera się mocno poczyściła, zaczęłam rysować, rozwijać się w tym, sama się bardzo pozmieniałam, ludzie mnie tam bardzo polubili - i tak minęły mi dwa kolejne lata. Czuję, że to już czas dla mnie, że już nic mnie nie trzyma w tym miejscu, oprócz pozostałości lęków przed zmianą.
Wszystkie emocje odpaliły się kiedy na dzień dobry koleżanka pokazała mi listę dodatkowych zadań do zrobienia, którą szefowa stworzyła, bo "księżniczki są tutaj tylko od sprzątania". Nie podoba jej się to, że kończę wcześniej i idę do domu rysować (mimo że się z nią na taki układ umawiałam) i z tego właśnie tytułu zostałam nazwana "księżniczką". Ona oczywiście nie powie mi tego wszystkiego wprost, jest dla mnie zawsze nad wyraz miła, czasem aż do porzygu, a jak coś jej się nie podoba to mówi to za plecami i później się tego wypiera. Nie wspominając już o moim całkowitym braku motywacji do wykonywania jakichkolwiek obowiązków, bardzo niskich zarobkach nieadekwatnych do wymagań i ocenianiu oraz traktowaniu przez nią pracowników jak popychadła i służące.
Czując tak silnie swoją wartość i wyjątkowość poczułam jak nigdy wcześniej, że mam dość takiego traktowania. Mentalnie już się zwolniłam z tej pracy, czekałam tylko aż szefowa przyjdzie i będę mogła jej wszystko wygarnąć. Kiedy przyjechała, atmosfera była tak napięta i gęsta, że powietrze można było ciąć nożem, ona to czuła i unikała mojego wzroku, chowała się po kątach, a na drugi dzień jak już ochłonęła, była dla mnie jak zwykle milusia, jakby udawała że nic się nie dzieje. Jestem karmicznie związana z całym tym miejscem i osobami tam pracującymi, szczególnie z szefową właśnie, ona pełni funkcję mojej karmicznej matki. Wiele pouzdrawiałam, ale widzę że ona dalej chce mnie przy sobie zatrzymać. Tej nocy przyśniła mi się, czułam jakbym mentalnie się od niej odrywała. Ona to czuje, dlatego też przyjmuje taktykę podlizywania się, albo całkowicie ucieka przed konfrontacją.
Nie chcę podejmować decyzji pochopnie, nie chcę robić z tego wielkiej dramy i scen rzucania szmatą i odchodzenia z dnia na dzień. Chcę spokojnego przejścia do lepszej pracy, ale jednocześnie mam ochotę iść za ciosem i nie chcę pozwolić na to, aby znów coś sprawiło, żebym w tej pracy jednak została.
Tłumaczyłam sobie, że ta praca tymczasowo jest fajna, bo mam w niej elastyczny grafik i mogę resztę dnia poświęcać na moje pasje i na rozwój, żeby wykreować sobie pracę marzeń. Prawda jest taka, że od długiego czasu przychodzę do domu zmęczona i fizycznie i psychicznie i nie chce mi się starać, często nie chce mi się rysować, szukać zleceń, wykonywać ich... Czuję, że rozwijam się zbyt wolno, że mogłabym osiągać dużo lepsze efekty, gdybym nie musiała chodzić do tej pracy, jakby wyżerała ze mnie mój potencjał.
Trafiłam do tego miejsca jako zdepresjonowana, odepchnięta dziewczyna z bardzo niską samooceną, dziś jestem zupełnie kimś innym, a nadal pracuję w tym miejscu, mimo że już dawno do niego nie pasuję. Wiem, że dziś szukając pracy miałabym dużo więcej pewności siebie i znając swoja wartość siłą rzeczy znalazłabym coś dużo, dużo lepszego. Tylko... właśnie, zostały we mnie jeszcze pozostałości tych lęków i nie wiem czy najlepszym sposobem jest pójść na żywioł, zwolnić się z dnia na dzień i polecieć z nurtem zdarzeń, czy zostać i na spokojnie przyciągnąć sobie coś lepszego... Chociaż ta druga opcja coś nie skutkuje, bo po powrocie do domu maleje mi motywacja, żeby czegoś szukać.
Wiem, że JUŻ TERAZ jest dla mnie praca w której mogłabym się albo rozwijać artystycznie, albo chociaż mieć prawdziwą możliwość ćwiczyć umiejętności w wolnym czasie, by otworzyć się na więcej. Praca w której jestem szanowana, doceniana i dostatecznie wynagradzana. Nie dawałam sobie tak do końca przestrzeni, aby te możliwości do mnie przyszły. Zaczynam w końcu odkrywać tą przestrzeń i póki co zamiast zaufania, czuję zagubienie...