Po raz pierwszy po 4 latach dość intensywnej praktyki duchowej (pierwsze 2-3 lata to moje życie kręciło się chyba tylko wokół rozwoju) planuje sobie zrobić celowo i świadomie kilka tygodni przerwy od regularnej praktyki (co nie wyklucza jakiejś medytacji czy czegoś innego jak mnie najdzie ochota). Próbowałem ostatnio się brać za ważny i trudny temat, a w praktyce się okazało że robiłem to po łebkach z powodu wielu innych zajęć. Kończę właśnie studia (został ponad miesiąc), więc mam na głowie magisterkę, projekty i inne zaliczenia. W międzyczasie potrzebuje rozglądać się za pracą, żeby się wyprowadzić z domu (to już czas, żeby to zrobić w najbliższych miesiącach).
Do tego dochodzi jeszcze związek, który pochłania mnóstwo czasu biorąc pod uwagę, że to początki i wiele się też dopiero buduje między nami (no i ciężko się nam od siebie oderwać, ale to już inna rzecz

) - chociaż akurat na tym polu ostatnio doszliśmy do porozumienia, że my serio serio się bardzo kochamy i zeszły w końcu jakieś tam podświadome obawy, które przewijały się od samego początku. Oswajanie się że naprawdę ktoś nas tak bardzo kocha i nie wyobraża sobie życia z kimkolwiek innym zajęło trochę czasu, ale nie ma co się dziwić - oboje mieliśmy duże braki w bliskości, cieple, miłości i takich tam.
W każdym razie z początku źle się czułem z tym, że od kiedy jestem w związku to regularność mojej praktyki mocno ucierpiała, bo było całe mnóstwo sytuacji gdzie jakieś rozmowy się przeciągały do niemalże rana czy się spotykałem na kilka dni z ukochaną i jakoś tak odkładałem to na bok. Dużo mi się w międzyczasie poukładało w stosunku do rozwoju, a ja szczerze mówiąc i tak wieeeeeele przerobiłem w międzyczasie poprzez samo bycie w związku, konfrontowanie się z przeróżnymi problemami i sytuacjami, czy oswajanie się z tymi cudownościami, które dostawałem i cały czas dostaję.
Ostatecznie stwierdziłem, że nadmierne przywiązanie do praktyki duchowej jest dla mnie obciążeniem. Po tylu wcieleniach nie robienia niczego innego, tylko wplątywania się w różne praktyki i dążenia do tego oświecenia za wszelką cenę - pś się przyzwyczaiła, że praktyka zawsze ma być na pierwszym miejscu, a dopiero potem cała reszta.
A to przecież nie jest tak. Na pierwszym miejscu ma być Bóg, a Bóg przecież nie jest równoznaczny praktyce duchowej. Uświadomiłem sobie, że na teraz najważniejsze jest dla mnie nacieszyć się związkiem, zająć moimi czysto materialnymi obowiązkami, ułożyć to sobie wszystko, docenić tego wartość, przestać stawiać to jako coś mniej ważnego niż praktyka duchowa i dopiero potem wrócić do regularnej praktyki. To nie będzie długa przerwa, bo pewnie z kilka tygodni tylko potrwa, ale jest mi potrzebna, bo ja już nie mam sił i czasu na zajmowanie się pracą nad kolejnymi afirmacjami i związanymi z tym wywałkami. Wystarczająco intensywne zmiany zachodzą teraz w moim życiu, więc zwiększanie intensywności jeszcze bardziej afkami byłoby lekkim samobójstwem.
Jak się wszystko poukłada z grubsza, będę miał pracę, zamieszkam z partnerką - wtedy się wszystko wyreguluje i będę mógł sobie ustalić ze sobą co i jak chce praktykować oraz jak to pogodzić z całą resztą.
Musiałem napisać tego posta, żeby sobie to poukładać do końca i poczuć się w porządku z tym wszystkim

W ogóle to fajnie jest uwalniać od nerwicy oświeceniowej i zaakceptować jak wiele czasu się jeszcze ma i jak wiele czasu tak naprawdę jeszcze potrzeba na osiągnięcie wielu różnych aspektów urzeczywistnienia nim to oświecenie przyjdzie. Jakoś jestem w stanie zaakceptować to, że to wcale nie musi być w tym wcieleniu i że może zająć jeszcze trochę czasu - nie wiem ile, bo na teraz to by było czyste zgadywanie, ale szczerze mówiąc nie czuję potrzeby żeby to wiedzieć. Wiem, że wszystko przychodzi w odpowiednim czasie i mnie tylko interesuje to, żebym pozostał już na właściwym torze do samego końca bez zbędnego zbaczania na boki - to mi wystarczy do szczęścia, a reszta niech sobie trwa tyle, ile musi trwać.
Dążenie do oświecenia to nie jest żaden wyścig z własnym ego po to, żeby jak najszybciej się dowiedzieć kto ostatecznie wygra
