Postanowiłam opisać tutaj mój dzisiejszy sen i jego interpretację, choć zazwyczaj opisuję to w swoim senniku. No ale ten jest związany ze wstydem, a wstyd najlepiej przepracowuje się mówiąc głośno o tym, czego się wstydzi.
Nie chcę się wstydzić siebie, nie chcę się wstydzić tego, co przeżyłam (swoich doświadczeń), chcę o tym mówić, albo nie, ale to ja zawsze chcę decydować o tym, a nie żeby decydował za mnie wstyd czy inny uwewnętrzniony przymus.
Śniło mi się, że nasi sąsiedzi stali się nagle bardzo aktywni, zaczęli zaglądać nam do mieszkania, a potem sprowadzili znajomych, którzy okazali się moimi znajomymi, a raczej był to mój kolega ze studiów doktoranckich z żoną. Po jakimś czasie sąsiedzi odeszli, a znajomi weszli do mojego mieszkania. Usiedli w pokoju z moim mężem, a ja byłam w łazience i gorączkowo zmywałam potworny syf ze ścian i sprzętów. Całe mieszkanie było tak brudne, że aż oblepione z syfu (np. na pościeli była gruba warstwa czarnego brudu). Ja się potwornie wstydziłam, nie wiedziałam jak ja wyjdę z tej łazienki i czy w ogóle zdołam wyjść.
Wstydziłam się też tego, że mam małe mieszkanie, jednopokojowe, a tu takie państwo przyszło.
Ten kolega ze studiów pojawił się tam nieprzypadkowo. To był w sumie dość bliski (jak na tamtejsze relacje) kolega. Robiliśmy doktorat u tego samego promotora. On Jest doradcą podatkowym, a wcześniej pracował w Izbie Skarbowej. Jego pewność siebie nie była zasłoną dymną, ale wynikała z autentycznej wiary w siebie i realnej oceny rzeczywistości (m.in. swoich możliwości). Facet po prostu miał klasę (a nie tylko klaser z suszonymi robakami ;p).
Kiedyś konkurowaliśmy o stypendium doktoranckie i kiedy rozmawialiśmy o naszych szansach on oceniał swoje bardzo wysoko (co nie znaczy wcale, że umniejszał moje. Nie, wręcz przeciwnie, moje też wysoko oceniał. Wiedział, że stanowię dla niego nie lada konkurencję). Pamiętam, z jakim szacunkiem na mnie patrzył, gdy dowiedział się, że to jednak ja wygrałam. Myślał sobie (wiem, bo potem mi mówił), że wygrałam, bo musiałam być lepsza od niego, a on cenił się naprawdę wysoko (bo też i miał ku temu powody).
I teraz we śnie taki człowiek zobaczył, w jakim ja syfie żyję i w jak czarnej dupie jestem!
Syf=bycie ofiarą przemocy, to że na to pozwalałam tak długo.
Gdy dopuściłam to uczucie, czułam się jak nic nie warta kupa gówna.
Drugi motyw z tego snu (który pojawia się dość często w moich snach) to wstyd za to, że moje mieszkanie jest małe (kawalerka). Kiedy ten kolega wszedł tam z żoną, to nie mógł się nawet tam pomieścić z tym całym swoim majestatem

Jest to realny wstyd z mojego życia.
Jako dziecko mieszkałam w kawalerce. To ponoć było tak, że miało to być mieszkanie tymczasowe, ojciec zgodził się na nie pod nieobecność matki (była w szpitalu, gdzie rodziła mnie), ale stało się naszą codziennością na wiele, wiele lat.
Ojciec nie widział problemu (bo to wystarczająca ilość miejsca dla 3 osób), a matce było to na rękę, bo mogła wykorzystywać ten fakt do wyżywania się na nim: "Jak mogłeś zgodzić się na coś takiego, co z ciebie za mężczyzna, skoro nawet o rodzinę nie potrafisz zadbać". Bo też nie faktycznie nie potrafił. Nie potrafił zadbać nawet o samego siebie, a co dopiero o rodzinę. Umiał tylko uciekać w alkohol i ksiązki (no może jeszcze coś potrafił, ale nie o tym tutaj).
W każdym razie mieszkaliśmy w tej ciasnocie i to był zawsze dla mnie powód do wstydu przed innymi dziećmi. Gdy czasami zdradzałam się z tym przed nimi (miałam niestety tendencję do zbytniej prawdomówności), to one nie mogły się nadziwić i patrzyły na mnie z pogardą.
Inna sprawa jest taka, że teraz też moje mieszkanie to kawalerka. I też miał to być stan przejściowy, bo kupiliśmy działke budowlaną i mieliśmy budować dom, więc nie było sensu zmieniać mieszkania na większe. Ale ten stan przejściowy trwa już długi czas. Z różnych dziwnych względów, m.in. dlatego, że mąż nie chce spuszczać mnie z oczu. Powiedział mi kiedyś, że nie chce mieć domu, bo gdy go wybudujemy, to ja będę na górze, on na dole i nie będziemy się widzieć. A jak wiadomo, on musi mieć mnie stale pod kontrolą.
Mamy co prawda dom na wsi, ale jest on mały, a poza tym mąż stale za mną chodzi, sprawdza co robię i nagabuje, żebym była tam, gdzie on (gdy jest na podwórku, to chce żebym też wyszła).
A gdy kiedyś powiedziałam, że chciałabym mieć swój pokój (bo nigdy nie miałam, tzn. miałam, ale bardzo krotko) i własną łazienkę (teraz wiem dlaczego, bo we wspólnej to on rządzi i zawsze cos robię nie tak, np. źle odkladam pastę do zębów, czy inne gówno), to spojrzał na mnie tak, jakby mnie chciał zabić i obraził się na długo.
Wracając do snu.
Wstydzę się, w jakich warunkach mieszkam obecnie, że mieszkam w kawalerce.
[Może i ma dość wysoki standard, w odróżnieniu od nieremontowanego (też z różnych dziwnych względów) domu na wsi, ale to nadal pokój z kuchnią.]
Mieszknie w kawalerce jest dobre, ale jak sama nazwa wskazuje - dla kawalera, a ja kawalerem nie jestem. No albo jeśli komuś to wystarcza i lubi takie małe mieszkania. Wtedy to jest ok.
Ale mnie to nie zadowala. W ogóle nie zadowala mnie mieszkanie w bloku, a co dopiero takie małe.
Chcę mieć duży dom i własną przestrzeń. A tych potrzeb nie zaspokajam.
I tego się wstydzę, że nie zaspokajam własnych potrzeb, choć wiem że potrafię, że mnie na to stać. A nie zaspokajam, bo poddaję się (jak bezwolna lalka) lękom i chorym pomysłom mojego męża.
Zajrzałam sobie do ostatniego snu opisanego w moim senniku (dokładnie sprzed miesiąca). Był o pumie w moim ogrodzie. Ta puma mnie ugryzła (bo tylko ja nie zdążyłam uciec, bo chciałam coś ratować). Interpretacja: "Ta puma była na moje życzenie w moim ogrodzie. Po co trzymać pumę? Znów sama pozwalam się gryźć. Niby uciekam, niby nie chcę, ale to ja ją trzymam w ogrodzie".
Teraz widzę, że ta puma to mąż. Ogród to dom. A ja, na własne życzenie pozwalałam się gryźć. Inni uciekli wtedy przed nią, a ja chciałam coś ratować, więc zostałam. Myślę, ze to chodziło o męża, o dziecko w nim. Chciałam je uratować. Ale ja nie jestem od tego. On ma siebie.
I jeszcze coś takiego - "ta puma wgryzła mi się w rękę. To było straszne. Ja postanowiłam nie wyrywać się, tylko poddałam się, pogodziłam się z sytuacją, rozluźniłam się. I wtedy kot puścił rękę. Odeszłam w spokoju, bo mnie zostawił. Rękę miałam pogryzioną i pomyślałam, że zostaną ślady.
No więc jak sobie poradzić z zagrożeniem? Nie walczyć, poddać się. Wtedy odejdzie".
I na końcu dałam wiele pytajników


Bo chyba nie wiedziałam, jak to interpretować. Teraz mam pewne podejrzenia, ale jest to dla mnie jeszcze nie do końca jasne.
Jeśli ktoś to czyta i ma jakieś pomysły (odnośnie tego, jak sobie radzić z zagrożeniem), to proszę o interpretację

No albo niech do mnie samej przyjdzie właściwa interpretacja, otwieram się
