Miałam dziś bardzo oczyszczający, uświadamiający sen, przedstawiający moje dzieciństwo w jakby alternatywnej rzeczywistości.
Kiedy byłam dzieckiem bardzo bałam się potworów, które stworzyłam w swojej wyobraźni, „nachodziły” mnie od czasu do czasu w moich snach i chowały się w ciemnych zakamarkach mojego domu. Były to bardzo silne stany lękowe, z którymi często ciężko było mi sobie poradzić. Czułam się bardzo zagrożona i strach był wręcz paraliżujący. Nigdy nie mówiłam o tym mamie, bo bałam się że pomyśli, że jestem psychiczna. Ona była zazwyczaj opanowana i dawała mi dużo miłości na tyle na ile potrafiła, ale przez odcięcie od siebie wielu rzeczy nie chciała do siebie dopuścić. Kiedy miałam tiki nerwowe, równolegle z tymi lękami, rozładowywałam ten stres robiąc różne dziwne rzeczy, jak na przykład podnoszenie nogi do tyłu co kilka kroków. Słyszałam raz jak rozmawiała z kimś w domu, że coś jest ze mną chyba nie tak, a na drugi dzień skończyło się tylko na utracie jej cierpliwości i tekstem w stylu „po co ty to robisz? Przecież nie jesteś nienormalna”. Z jej strony zawsze odczuwałam wyparcie, że mam problemy i tym samym ja jako dziecko uwierzyłam, że takie funkcjonowanie jest normalne. Tiki zniknęły, bo przecież nie mogłam pokazać, że jestem nienormalna, a lęki i stres oczywiście zostały.
U mnie w domu ojciec był tym "złym", a mama tą "dobrą". Jeśli chodzi o ojca, wybaczenie mu przyszło mi z zadziwiającą łatwością, rozumiałam jego problem alkoholowy, wiedziałam że on nie mógł sobie z tym poradzić. Sam koniec końców doprowadził się do tego na co sobie całe życie pracował, poniósł konsekwencje swoich czynów, więc nie czuję nawet potrzeby, żeby jeszcze dodatkowo mieć do niego żal o cokolwiek. Mama była osobą, która w tej relacji tłumiła się równie bardzo, oszukując się w kółko, że będzie dobrze, choć nigdy nie było. Ciężko było mi do końca wybaczyć, że była tak bierna i że tak mało zrobiła, aby ochronić swoje dzieci. Przecież w każdej chwili mogła się rozstać z ojcem, jednak nigdy tego nie zrobiła. Zaczęłam to dostrzegać dopiero gdy zaczęłam zajmować się rozwojem i poznałam pewne mechanizmy i zależności w takich dysfunkcyjnych rodzinach. Wcześniej po prostu tego nie widziałam i w moich oczach ona była zawsze najlepsza. Kiedy więc to wszystko do mnie dotarło, zrodził się we mnie bunt i potrzeba, aby mi to wszystko zrekompensowała. Raz nawet sama z siebie, wprost mnie przeprosiła za to wszystko, więc nie jest aż tak zamknięta, ja jednak byłam tak zaślepiona, że zamiast przyjąć jej przeprosiny i poczuć ulgę, przyjęłam kolejną sztuczną rolę, z cyklu „nic się nie stało, to nie Twoja wina”. Nie pozwoliłam sobie wtedy do końca przyjąć tych przeprosin, bo znów wzięłam wszystko na siebie.
Wracając do snu:P Śnił mi się sen w śnie, że znów byłam dzieckiem i miałam tak jak dawniej koszmar z potworami w roli głównej. Czułam w nim, choć dużo słabszy, lęk który towarzyszył mi przez całe dzieciństwo. Obudziłam się w tym śnie totalnie przerażona, znów byłam w moim starym pokoju, znów byłam dzieckiem. Zaczęłam się gorączkowo rozglądać po pokoju i tak jak to zawsze bywało bałam się kogokolwiek obudzić, bo nie wiedziałam co niby miałabym powiedzieć. Sparaliżowana okropnym lękiem, chowałam się cała pod kołdrę, nie wynurzając się ani na chwilę i liczyłam do stu. Nagle przyszła do mnie moja mama, przytuliła mnie i zaczęła mnie uspokajać, że wszystko jest w porządku, że jestem bezpieczna. Przytuliła mnie mocno, czułam jak mnie ogrzewa, mówiła mi wiele mądrych, rozwojowych rzeczy, tłumaczyła mi skąd biorą się te lęki, dlaczego je czuję i co z nimi zrobić. Zapewniała, że to tylko moja wyobraźnia i że w pokoju nie kryje się nic strasznego. Poczułam tak niesamowitą ulgę, nie do opisania... Będąc dzieckiem nigdy nie słyszałam od nikogo takich rzeczy, nigdy nie dostałam tak silnego wsparcia. Czułam jak te lęki rozpuszczają się w małej Karolince, jak wszystko się w niej rozluźnia. Mogłabym wtedy tak leżeć wtulona w nią w nieskończoność. Leżąc tak, sama już nie wiedziałam, czy ta kobieta to mama, czy ja sama dałam sobie to wsparcie. I wtedy się obudziłam. Mieliło mnie jeszcze resztę nocy, ale rano wiele rzeczy do mnie dotarło.
Poczułam niesamowitą ulgę i radość, że mam w sobie tyle ciepła, miłości i wsparcia dla samej siebie, poczułam że do uzdrowienia nie jest mi konieczne wsparcie drugiej, konkretnej osoby. Bo to co czułam i to co otrzymałam to był podarunek od samej siebie:) Poczułam też piękną, głęboką akceptację dla mojej mamy, że nie potrafiła wtedy ze mną usiąść, przytulić mnie i wytłumaczyć co się ze mną dzieje, że nie potrafiła mi pomóc. Wiem, że starała się jak mogła i to mi wystarczy... Nie czuję teraz potrzeby, żeby ona się zmieniała, żeby mnie za cokolwiek przepraszała, czy czuła poczucie winy za to co mnie spotkało. Akceptuję ją taką jaka jest, z jej ograniczeniami. Ona jest w stanie dać mi wystarczająco dużo, bo w sumie czuję, że więcej nie potrzebuję. Nie ma sensu ścigać rodziców za błędy przeszłości, ani pilnować, aby cokolwiek do nich dotarło.
Braki z dzieciństwa możemy sami sobie wypełnić i wtedy przychodzi prawdziwe zrozumienie, że oni sami też mają wiele takich braków i nie mając boskiego wsparcia nie potrafili ich wypełnić. Nieświadomi niczego, funkcjonując z tymi brakami, dawali nam tyle ile potrafili nam dać. I możemy być im za to wdzięczni i zamiast unosząc się dumą skrzywdzonego dziecka, pomodlić się dla nich bezinteresownie o boskie wsparcie. Tak po prostu, dla ich dobra, nie po to, aby nam coś zrekompensowali.