"Jestem niewinna i w porządku w relacji z moją mamą". Właśnie zaczęłam pisać afirmację i w końcu sama z siebie ruszyłam ten temat. Mam trochę wątpliwości, pytań, może ktoś z Was mnie zainspiruje.
Zawsze bardzo bałam się ruszać relację z matką. Wolałam się okłamywać, że relacja była i jest ok, że mama dała mi przecież tyle miłości i zrozumienia. Łudziłam się, że miałam super idealną mamę i wiecznie ją usprawiedliwiałam. Tak było wygodnie, ale teraz już nie jest. W toku pracy nad sobą oczywiście ruszałam przy okazji te tematy, coś tam się pouświadamiało, poczyściło, ale zabierałam się do tego jak pies do jeża, byleby za wiele nie wyszło. To dla mnie zdecydowanie najbardziej emocjonalny i najboleśniejszy temat do przepracowania. Wiem, że obciążenia z mojego dzieciństwa mocno mnie teraz blokują w osiągnięciu mojego celu, więc tym bardziej mam motywację, żeby porządnie nad tym popracować.
Kiedy zaczęłam pracować nad samooceną, ze swoim wewnętrznym dzieckiem, uzdrawiać emocje z dzieciństwa, problem z mamą ciągle był jak cień, widmo większych problemów. I wreszcie kiedy pracuję nad tematami bogactwa i zarabiania pieniędzy, matka ujawniła się w całej okazałości, przez to nie mam ochoty ani do niej dzwonić, ani z nią spotykać. Czuję się z tym okropnie.
Czuję, że im bardziej poszerzam swoją świadomość, tym bardziej oddalamy się od siebie, tym więcej widzę jej manipulacyjnych mechanizmów, których wcześniej nie dostrzegałam, tym bardziej nie mogę patrzeć jak się tapla w tych wzorcach ofiary i tak uparcie nie chce nic zmienić i zrozumieć.
Miałam przerąbane dzieciństwo głównie z powodu ojca alkoholika, w domu odwalały się naprawdę porąbane rzeczy. Mama tkwiąca w uzależnieniu od ojca tak naprawdę nie chciała się od niego uwolnić, przez długi czas nie pracowała, opiekując się nami i domem, była dużym dzieckiem które nie chciało dorosnąć, potrzebowała kogoś kto weźmie za nią całą odpowiedzialność. Z ojcem się nie rozstała, bo mimo, że pił i robił dzikie awantury, to pracował i przynosił pieniądze do domu. Była przekonana, że bez niego sobie nie poradzi.
Pamiętam jak tata zrobił dla mnie z drewna wypasiony domek dla lalek, z kilkoma pomieszczeniami, piętrami, schodami, prawdziwym dachem i kominem... Aż żałowałam, że nie mogę nikogo zaprosić do domu i się pochwalić, bo kurczę takiego cuda to nikt nie miał. Kiedy skończył się jego tradycyjny okres niepicia, przyszedł do domu narąbany i zrobił ostrą awanturę. Na moich oczach podniósł domek, wziął duży zamach i roztrzaskał go o ścianę dosłownie kilka centymetrów nad moja głową, mebelki roztrzaskały się w drobny mak a ja głośno płakałam. Rzucał się na mamę, ona w pośpiechu ubierała nam kurtki, pamiętam też że w przypływie wściekłości ojciec kopnął mojego psa tak, że poleciał na drugi koniec pokoju. Mam jeszcze trochę takich wspomnień. Miałam w dzieciństwie różne natręctwa, tiki nerwowe, wiecznie ryczałam z byle powodu, miałam koszmary senne, schizowe lęki, nie radziłam sobie psychicznie. Mama strasznie się na mnie wkurzała, że robię te wszystkie rzeczy, udawała że wszystko jest ok, albo denerwowała się i kazała mi tego nie robić. Raz z nerwów zwinęłam się w kulkę i bujałam, dławiąc się we własnych łzach, ona najechała na mnie i powiedziała: "Co ty robisz? Przestań, przecież nie jesteś psychiczna!".Od tamtej pory nie okazywałam jej już że coś jest ze mną nie tak. Jako dziecko nie miałam prawa się bujać, żeby się uspokoić, zamknąć ze strachu w szafie, albo ryczeć, mimo że ojciec latał z siekierką po mieszkaniu i groził mojej mamie, że ją zabije.
Byłam na tyle otwarta, że przyciągnęłam sobie mojego partnera, który wprowadził mnie w świat rozwoju duchowego, zaczęłam mimo oporów własną terapię. Praca nad sobą jest dla mnie teraz nieodłącznym elementem życia, narzędzia którymi się posługuję są dla mnie sposobem na poradzenie sobie ze wszystkimi problemami, dzięki wsparciu Boga wzrastam. Jestem cholernie szczęśliwa, że przyszły do mnie te wszystkie rozwiązania, że mogę pracować nad sobą. Ale nie mogę się tym cieszyć z moją rodziną.
Z ojcem prawdopodobnie już nigdy się nie zobaczę, nawet nie wiem co się z nim dzieje, prawdopodobnie jest bezdomny. Siostra jest niereformowalna, nic nie kuma i nie będzie kumać, to z pewnością nie jej czas, nie jesteśmy w stanie się dogadać, dodatkowo ma bardzo negatywny wpływ na matkę i obraca ją przeciwko mnie. Brata też już nie ma. Została mi mama i to zawsze była moja najbardziej skomplikowana relacja. Chciałabym się z nią dzielić moimi zmianami, tym co osiągam, mówić o rozwoju bez oporów i czuć się z tym w porządku. Ale nie potrafię.
W jaki sposób powiedzieliście swoim rodzicom o Waszej duchowej ścieżce? Jak to przyjęli? Jak czuć się z tym w porządku?
Jak do tej pory miałam taktykę nie wdawania się w szczegóły. Jak byłam na warsztatach rozwojowych, mówię ogólnie, że byłam na takich tam warsztatach i dotarło do mnie to i tamto. Ale nic o medytacji, technikach rozwojowych, prawdziwych uświadomieniach, uczuciach, wzorcach, problemach, które udało mi się rozwiązać. Wypowiedziałam kiedyś przy niej skrót DDA, kiedy poprosiła o rozwinięcie od razu wpadła w panikę. Ale ty tylko nie mów nikomu, że ojciec pił, nie ma się czym chwalić, nie ma czego roztrząsać! Ja muszę i chcę nad tym pracować, aby wzrastała jakość mojego życia. A jak się nad tym pracuje, to się nie oszukuje, nie tłumi, tylko nazywa się rzeczy po imieniu. Moja mama nie może znieść myśli, że mi potrzebna jest jakakolwiek terapia, nie chce dopuścić do siebie, że jej dziecko ma jakiekolwiek problemy z powodu trudnego dzieciństwa,bo to ona była za nie odpowiedzialna.
Ona pewnie sobie wyobraża, ze strzępków rzeczy które jej powiedziałam, że należę do jakiejś sekty, albo niewiadomo co:P Siostra jak widzi jak się zmieniam to szlag ją trafia i moje przekonania np. odnośnie posiadania dziecka traktuje jako bunt i niedojrzałość. Twierdzi, że jak dorosnę to zmienię zdanie:> Dodając - bo ty to zawsze musisz być inna od wszystkich! ...
Czasem więc smutno mi, bo widzę że tak naprawdę nigdy nie pasowałam do tej rodziny. Ale wiem, że kochali mnie na tyle na ile potrafili. Nie winię ich za moje problemy. Ale ciągle czuję się zobowiązana, żeby być ich częścią, mimo że tak niewiele mamy już wspólnego. Boję się też, że im bardziej będę sobie radziła szczególnie finansowo, tym bardziej matka będzie na mnie wisieć i oczekiwać ode mnie wsparcia. Męczy mnie to i czuję jak mnie dusi wisząc na mojej szyi.