BlackRose

Sebo,
świetna ta sesja EFT "Loving Your Inner Child"

Dzięki!
A prospos kochania swojego wewnętrznego dziecka (czyli po prostu siebie) to u mnie trochę za wolno to szło. Tzn. niby zmiany były ogromne, ale jakoś tak postępowało to „zrywami”: były fale wspaniałego stanu, którego nawet nie da się określić słowami, a potem następował regres. Czyli robiłam dwa kroki do przodu i jeden w ty ł (a czasem nawet więcej).
No i wczoraj wyszło szydło z worka, czyli okazało się, dlaczego tak jest. No bo jak tu się pokochać w pełni, skoro w podświadomości siedzi przekonanie, że” gdy pokocham siebie, to wtedy nie dostane miłości od innych ludzi”?
Przepytałam pś-kę i doszłam do tego, że wierzę w taki oto schemat: ja istnieję po to, żeby dawać miłość innym (tj. zaspokajać ich potrzeby) i – jeśli dobrze wypełnię ten obowiązek – mogę spodziewać się wzajemności. Czyli ja istnieję dla innych, a inni dla mnie. Ale nie dla siebie.
Zrobienie czegokolwiek dla siebie (a nawet samo myślenie o sobie) było traktowane jak największy grzech (egoizm) i zagrożone karą. Za naruszenie harmonii. Najsurowszą karą miał być swoisty ostracyzm, czyli pozbawienie miłości (uwagi) ze strony innych.
Dlatego człowiek sam pilnował, żeby nie naruszyć tych zasad (odpowiednią rolę pełniło tu wkodowane poczucie winy). A kiedy tylko lekko je naruszył, był upominany przez pobratymców

To dlatego tak bardzo zaniedbywałam siebie – żeby dostać miłość. Im bardziej siebie zaniedbywałam, tym więcej miłości się spodziewałam. I oburzałam się, że jej nie dostaję: przecież – skoro ja zaspakajałam potrzeby innych i nie robiłam nic dla siebie, to ona mi się należała!
Nieświadomie pogłębiałam ten fałszywy obraz rzeczywistości pracując kiedyś z afirmacją "Inni ludzie istnieją dla mojej radości, wygody i przyjemności. Ja istnieję dla radości, wygody i przyjemności innych". Na tym przykładzie widać, że mając nieciekawe intencje do siebie można sobie zrobić kuku nawet wtedy, gdy pracuje się ze - skądinąd prawdziwą – afirmacją.
Ale mi ulżyło, gdy do tego doszłam

) Teraz tylko pozostaje mi przekonać się ostatecznie, że jest inaczej. Czyli że "miłość do siebie jest bezpieczna i w porządku" i że, im bardziej kocham siebie, tym więcej bezwarunkowej miłości dostaję od świata/Boga/ludzi"
