Strasznie się cieszę z tego co się dzieje ostatnio w moim życiu. Jest sporo zmian i wszystko zmierza ku lepszemu. A najlepszą zmianą była strata pracy

Nie dość, że uwolniłem się od najbardziej toksycznego człowieka, jakiego kiedykolwiek spotkałem, to też w końcu przestałem stać w miejscu. Poprzednia praca była baaardzo wygodna, ale zawodowo była ślepym zaułkiem. O ile w pierwszych miesiącach zdobyłem bardzo fajne i dość unikalne doświadczenie(niewiele osób zaraz po studiach ma takie możliwości), to potem już niczego ciekawego się nie uczyłem, a ze względu na specyfikę stanowiska - nie było za bardzo innej firmy w której mógłbym robić to samo, więc zmieniając pracę musiałbym umieć też coś więcej, żeby się gdzieś zaczepić, więc tu już był problem.
Wykorzystałem więc wolny czas nie tylko na przeglądanie ogłoszeń, ale również małe podszkolenie się z odpowiedniej wiedzy, co pozwoliło mi w ostatni piątek załapać się na tygodniowy okres próbny w pewnej firmie. Poszło w sumie całkiem sprawnie, wysłałem trochę CV, z tydzień później odezwała się owa firma i już po pierwszej rozmowie dostałem szansę, żeby się wykazać. Pracę raczej dostanę, bo moje umiejętności praktyczne i braki w nich już sprawdzili - teraz chcą przetestować moje zaangażowanie i umiejętności samodzielnego myślenia, a z tym nie powinno być problemu.
Już nie będę się opieprzał, będę musiał normalnie pracować i to na początek za mniejsze pieniądze, zaczynając jedynie jako asystent. Normalnie powinienem się czuć jakbym zawodowo zaliczył małą degradacje, ale ja to widzę inaczej - zaczynam po prostu alternatywną ścieżkę zawodową od początku, pokrewną z tym co robiłem wcześniej, gdzie nie tylko bardzo szybko nadrobię pensję, ale wręcz powinienem wyjść na plus tak na przestrzeni najbliższego roku. Cieszę się, bo będę w końcu robił coś co ma jakiś sens, będę się rozwijał zawodowo i zyskiwał wartość na rynku pracy. Wcześniej tego unikałem, myślałem tylko o tym, jakby tu zarobić, żeby się nie narobić. No i pś wykreowała mi taką pracę, ale cena była za to taka, że nie dość że wynudziłem się jak mops, to jeszcze wpakowałem się w ślepy zaułek i stąd potrzeba zaczynania praktycznie od nowa po roku.
Na szczęście zmieniło mi się nastawienie, nie dość że nie muszę się buntować ojcu, który mnie próbował zmuszać do rozwoju zawodowego i zapieprzania i udowadniać mu, że ja mogę się opieprzać i wciąż sobie dobrze żyć, to jeszcze sam w sobie uwolniłem się od zaślepień, że tylko praca związana z duchowością ma sens, a wszystko inne jest męczące, bezsensowne, głupie i niepotrzebnie zabierające uwagę. I mimo, że branża w której jestem mnie jakoś szczególnie nie fascynuje, to mam ochotę się zaangażować i coś osiągnąć, to jest fajne uczucie

Z kasą też fajnie wyszło, bo ogólnie to na 3 tygodnie bezrobocia, za dwa tygodnie mi zapłacono, a ponadto wpadła mi dodatkowa możliwość dorobienia sobie kilku stówek w sposób lekki i przyjemny, więc stratny nie jestem. A bardzo fajnie było sobie odpocząć od pracy tyle czasu, nawet jeśli po drodze najadłem się trochę stresu. Dla mnie to było mimo wszystko niesamowite doświadczenie, które mi bardzo dużo dało. Już tak się nie boję o swoją przyszłość i mam dużo większe poczucie, że mogę sobie sam poradzić. Miałem przez moment chwile zwątpienia, gdzie żałowałem że nie mogę liczyć na wsparcie rodziców, ale szybko się pozbierałem i okazało się, że jednak mogę i potrafię sam sobie radzić w życiu, nawet w takich sytuacjach. To jest naprawdę cenne uczucie

Świetne jest też odczucie, że mimo swojego zamknięcia w temacie pracy na to co dobre, Bóg mnie od lat prowadził ku temu, żebym nie wylądował na lodzie. Większość ludzi z moim podejściem siedzi teraz na garnuszku rodziców albo pracuje w call center czy innym McDonaldzie. A mnie się przez ostatnie lata ciągle przydarzały rzeczy, które mnie jakoś prowadziły do tej branży w jakiej jestem, ponieważ ona jest idealnym rozwiązaniem na moje aktualne przejawianie się. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale najlepsze przy moich ograniczeniach. I gdyby nie to, to bym był w ciemnym tyłku i bardzo niefajnie się męczył za beznadziejne pieniądze, a tak to przynajmniej mam jakieś perspektywy i możliwości.
Cała ta sytuacja sprawiła również, że mam w końcu niesamowitą motywacje do rozwoju, taką jakiej mi brakowało od ponad dwóch lat. Już nie lecę sobie w kulki, tylko jak przerabiam np. dekret to porządnie po te 2 razy dziennie, bez olewania czy czytania byle jak, jak to się często zdarzało w przeszłości.
Jakość mojego związku wciąż rośnie, ostatnio po raz kolejny się dzieją bardzo fajne rzeczy. W dodatku poznaliśmy niedawno całkiem fajnych znajomych, co też jest miłą odmianą po tym, jak się praktycznie całe życie nie miało fajnych znajomych. Generalnie to czuję się, jakbym zaczynał swoje życie po raz kolejny od nowa, z zupełnie wyższego pułapu. Jest naprawdę fajnie

Strasznie mi się to podoba, że wszystko co się dzieje w moim życiu, czemuś służy, rozwija mnie jakoś. Nawet te niefajne doświadczenia zawsze przynoszą jakąś lekcję i po nich następują zmiany na lepsze.