Wyznam coś, co ma dla mnie dość duże znaczenie. Po raz pierwszy wczoraj i dziś uzdrawiałam siebie miłością. Wcześniej miałam na tyle duży bunt w stosunku do miłości, do siebie i Boga, ego i dumę mocną rozdętą, że uznawałam tylko własny wysiłek w uzdrawianiu. Na przestrzeni lat stosowałam najróżniejsze techniki, które opierały na pracy własnej, przez to czułam się wartościowa, że sama potrafię, że sama daję sobie radę, co tak naprawdę przykrywało jedynie mój duży brak w jedności z Bogiem, z sobą, tęsknotę, spory żal i niską samoocenę. Dzięki całej tej pracy jaką włożyłam w rd udało mi się uzdrowić bardzo dużą część mojego życia i na tamten czas było to chyba najlepsze. Jednak miałam poczucie, że da się łatwiej tylko nie mam do tego dostępu (sama sobie blokuję dostęp z buntu na Boga), stąd brała się duża frustracja i złość, że tracę czas, że efekty mogłabym mieć dużo szybciej i dużo mniejszym wysiłkiem gdybym tylko pozwoliła Bogu zacząć działać.
Chyba się przełamałam, czułam dzisiaj jaką miłość i radość mają moc w rozpuszczaniu strachu.
Do tego dostałam już wahadło OM i zaczynam na sobie ćwiczyć rozbijanie pewnych struktur. Na razie to czyste eksperymentowanie, bo to moje pierwsze profesjonalne wahadło w życiu i robię to na czuja. Nie wiem też do końca na jakim poziomie działam tym wahadłem, ale wydaje mi się, że na razie płytki przyczynowy (o ile taki istnieje

).