Tak jest! Jestem tego świadoma. Miałam tak z tarotem- kiedyś miałam swoją talię, stawiałam karty innym i sobie, wróżenie sobie samej jednak działało na mnie fatalnie. Przywiązywałam się do wyników wróżb i wpadałam w panikę, kiedy wychodziło coś nie po mojej myśli. Dochodziło do tego, że stawiałam karty tak długo, aż mi wyszło coś, co mi się podobało. Koszmar jakiś.. w końcu zrozumiałam, jakie to toksyczne i karty spaliłam. To było ładnych kilka lat temu. Nie karty zresztą były problemem, bo to tylko narzędzie, problem był we mnie i w tym, jakie znaczenie temu wszystkiemu nadawałam. Widzę jednak, że nadal jakoś to we mnie pokutuje, nadaję znaczenie wróżbom, nawet chwilami szłam nieco w chiromancję i bardzo nie podobało mi się, co jest zapisane na moich dłoniach
))
Nie wiem, skąd mi się to bierze, jestem przecież świadoma tego, że karmę można zmieniać, a intencje oczyszczać.
To normalny mechanizm (działa kiedy jest w nas dużo lęku), tylko u każdego może wyglądać nieco inaczej.
Tak a propos tego mechanizmu, to kiedyś uświadomiłam sobie jedną ważną rzecz.
Mianowicie, jest taka zasada, że żeby wyzdrowieć, trzeba wyeliminować czynniki chorobotwórcze.
Ja to trochę rozszerzyłam: W czasie zdrowienia (czyli wtedy, gdy nasze działanie skupia się przede wszystkim na oczyszczaniu podświadomości) dobrze jest unikać wszelkich negatywów (tzn. tych, których da się uniknąć). Czyli np. nie oglądać horrorów i innych negatywnych filmów, nie słuchać dołującej muzyki, nie wróżyć sobie (bo zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że wyjdzie zła wróżba i się nią zasugerujemy), nie otaczać się negatywnymi ludźmi, ale przeciwnie wspierającymi, pozytywnymi osobami, słuchać spokojnej, radosnej muzyki, oglądać komedie, itp. Wtedy zdrowienie zachodzi szybciej.
Chodzi o to, żeby nie dokładać negatywów z zewnątrz, bo wtedy wystarczą te, które ma się w środku.
Oczywiście przed tymi w środku nie uciekać, tylko jak najszybciej się z nimi zmierzyć. Bo one już są w nas i coś z nimi trzeba zrobić, a nie odkładać na później, a te z zewnątrz jeszcze nie, więc po co dokładać nowych.
Dopiero później, gdy jest się już silniejszym, czy - jak fajnie to określiłaś - "stabilniejszym"

, gdy najgorsze obciążenia są już puszczone, można i nawet trzeba wyjść "spod klosza", czyli otworzyć się na to, co do nas przychodzi. Nie uciekać od negatywów, ale też nie przyciągać ich na siłę. Traktować je po prostu jako część życia, ale taką część, która wcale nas nie musi obchodzić, na którą nie musimy reagować.
A jeśli na coś się reaguje (np. lękiem na wróżbę), tzn. że trzeba to uzdrowić. Ale wtedy można już dużo łatwiej sobie z tym poradzić
No i wtedy negatywny tak jakby stymulują nasz rozwój (przede wszystkim przez to, że pokazują, że coś w nas jest do uzdrowienia), a nie hamują go, tak jak kiedyś.
Heh, ja też kiedyś bałam się tarota i tak jak Ty wróżyłam sobie wciąż na nowo, aż nie wyszło coś dobrego

) Potem też całkowicie olałam karty.
A teraz temat tarota do mnie wrócił, tylko że już na zupełnie innych zasadach. Nie boję się już żadnej karty, bo teraz już w pełni zdaję sobie sprawę z tego, że one przynoszą mi tylko informacje o mnie. A te nie są złe ani dobre, po prostu są i trzeba je przyjąć takimi jakie są.
A zmieniać to trzeba moje podejście do życia (czyli przyczynę), jak mi coś nie pasuje, a nie informcje o tym podejściu (czyli skutek)
