Męczy mnie ostatnio wizja wzięcia się za zdobywanie pracy(nie dorywczej, ale takiej na serio) i rozpoczynanie własnej kariery. Nastawiłem się dosyć mocno że dostanę robotę na uczelni - wszystko na to wskazywało, nasłuchałem się też o super pieniądzach za prawie nic nie robienie i w ogóle smaka mi narobionego nieziemskiego. Wakacje już praktycznie całe zajęte i zaplanowane. No i z jakiegoś powodu jednak nie wyszło - niby do końca tygodnia jest szansa, że się dostanę z listy rezerwowych, ale mam wrażenie że babka do której dzwoniłem chciała mnie po prostu zbyć.
Był to spory cios, bo się nieźle napaliłem na tą opcję, ale tak naprawdę nie bolała mnie stracona możliwość lekkiego zarobku, ale możliwość odwleczenia na kolejne 3 miesiące przejmowania się przyszłością i brania spraw w swoje ręce przez szukanie roboty w nieruchomościach. Wychodzi na to, że jednak konfrontacji z pewnymi lękami nie można odkładać w nieskończoność, bo prędzej czy później wpakują się buciorami w nasze życie.
No więc tak sobie ostatnio panikuje i stresuje się, wymyślając sobie miliony problemów, przeszkód i ograniczeń. Dzisiaj jednak coś się zaczęło ładnie ruszać. Najpierw zaczęły się nieśmiało przebijać zmiany w sposobie myślenia - zamiast przejmowania się tym czy się uda czy nie - potraktowanie tego wszystkiego jako wyzwania. W końcu mam cały rok do końca studiów, gdzie mogę sobie próbować różnych rzeczy i nie martwić się jeśli się coś nie uda. Później, gdy spojrzałem w lustro w koedukacyjnej toalecie Wydziału Nauk Społecznych UAMu, stwierdziłem że widzę dużo przystojniejszą osobę (było korzystne oświetlenie) niż ta, którą się czuje. To mnie poruszyło uświadamiając mi jak bardzo nie doceniam siebie, jak duży się rozdźwięk między tym jak się czuje, a tym jakie mam możliwości.
Idąc dalej w stronę mej uczelni (szedłem przez pół miasta) zaczęły się pojawiać pewne odczucia w wyniku których zacząłem głośno (ale tylko w myślach) krzyczeć że nie jestem żadną ofiarą, że nie jestem nic nie wartym śmieciem, który będzie żebrał o pracę i cokolwiek dobrego dla siebie, że nie jestem tchórzem, słabeuszem i mięczakiem. To nie były okrzyki frustracji, ale autentyczne odczucia. Poczułem się ze sobą bardzo dobrze, pojawiło się we mnie tak dużo pewności siebie, że jest to nie do opisania. Szedłem sobie uśmiechając się... nie... obdarzając swoim cennym uśmiechem mijanych ludzi, a cały świat był u mych stóp (w pozytywnym sensie). Nigdy się nie czułem tak bosko i kozacko.
Oczywiście zeszło to ze mnie w ciągu 15-20 minut i wróciłem do "normalności", choć mam wrażenie że drobne zmiany się ostały. Jak już dotarłem na uczelnie, załatwiałem formalności w bibliotece i witałem się ze znajomymi - było we mnie nieco więcej pewności siebie niż normalnie. Zauważyłem jednak też sporą niedogodność - jeżeli jestem w towarzystwie takich lepiej znanych znajomych, to gdy pojawiają się tematy, które mnie kompletnie nie interesują, to ja i tak udaje zainteresowanie, szczerząc się jak ten idiota przy rzeczach, które wcale mnie nie bawią, ale "powinny".
Tyle się ostatnio dzieje, że końcówkę sesji na uczelni (która swoją drogą idzie jak z płątka) traktuje tak jakby jej już nie było. Dzisiaj przyszedłem na egzamin, dostałem jakąś kartkę z poleceniami, którą wypełniłem z takim nastawieniem, jakbym wypełniał ankietę i wróciłem do domu. Nawet nie muszę czekać na wynik, bo wiem że jest napisana na tyle dobrze, aby spokojnie zdać.
Gdyby mi z pracą szło tak dobrze, jak ze sprawami edukacyjnymi
