No na pewno bycie ofiarą było głównym powodem powstania tej maski - obracanie wszystkiego w żart miało łagodzić ranienie przez innych, zapewnić bezpieczeństwo, zwiększyć dystans i ogólnie było metodą na przetrwanie wśród ludzi. Mimo, że mnie się mocno relacje z ludźmi poprawiły i już od dawna nie jestem atakowany czy chamsko traktowany - wciąż siedzi we mnie lęk, że to może wrócić w każdej chwili. Stąd też trochę unikam nowych sytuacji, gdzie mogę poznać nowych ludzi, bo jest ten lęk, że to kwestia czasu, aż znowu nie trafię na jakiś katów. To chyba przez to, że jako dzieciak czułem się atakowany kompletnie znienacka i bez żadnego powodu, więc się wrył strach że to się może zdarzyć zawsze, w najmniej spodziewanym momencie. Tak więc ta maska wesołka to jest podtrzymywana chyba zapobiegawczo.
Powiem Ci z mojego doświadczenia że samotność może być całkiem fajna. Mi się aktualnie wydaje fajniejsza niż udawanie wśród innych ludzi 
Ja bym powiedział, że nie tyle samotność (bo ona na dłuższą metę zaczyna męczyć coraz bardziej i bardziej), co po prostu niezależność od innych ludzi na każdym poziomie naszego istnienia (czy to emocjonalnym czy mentalnym).
Zresztą z tym udawaniem to ja miałem na tyle pokręcone, że z jednej strony zawsze wprost dawałem do zrozumienia, że nie interesuje mnie i nie mam ochoty robić to co większość (czy to alkohol czy piłka nożna), a z drugiej było granie tego wesołka. Choć w sumie jak się zastanowić to obie rzeczy świetnie mi służyły do zwiększania dystansu.
A tak, już wiem - to wszystko jest nie jest po to, aby się dostosować do ludzi i zdobyć ich zainteresowanie, ale właśnie po to, aby ich zniechęcić i sprawić, żeby nie wiązali ze mną żadnych poważnych planów. Ot taki ze mnie człowiek, który z jednej strony jakiś dziwny jest, bo nie lubi i nie robi tego, tego i tamtego, a z drugiej ciągle jakieś jaja sobie robi i całkowicie niepoważny jest.
Haha, czyż to nie jest świetny sposób na zniechęcenie do samego siebie? Nie działam przez wkurzanie czy obrzydzanie innych, więc nie narażam się na ataki, a jedynie sprawiam wrażenie że nie ma sensu się mną interesować, bo jestem jedynie śmieszną parodią człowieka. Zbudowałem taki obraz samego siebie, że nikt mnie nie traktuje jako zwyczajną osobę, z którą można wchodzić w interakcję na normalnych zasadach społecznych, ale raczej jako zabawny element otoczenia, który da trochę rozrywki i o którym można zaraz zapomnieć.
I ja się dziwiłem, że związku sobie nie mogę wykreować... Całkowicie zatraciłem siebie wśród innych ludzi, więc niby co ja mógłbym pokazać mojej ewentualnej partnerce? Stałem się chodzącym dowcipem, pozbawionym uczuć, własnych potrzeb i swojego własnego ja. Co ja bym robił po poznaniu odpowiedniej dla mnie dziewczyny? W kółko ją rozśmieszał i liczył na to, że jakoś to będzie?
Muszę odzyskać samego siebie i na tym teraz będę się przede wszystkim koncentrował.