Od kilku dni źle się czuję. Niby już mieszkam z chłopakiem, i wszystko się układa bardzo pięknie...moje życie obróciło się całkowicie na pozytywnie i...aż się tego boję. Dokonałam cudów i wprowadziłam bardzo istotne zmiany prawie na każdym polu życia. Jednak jest mi nieswojo, boję się przyszłości....to tak jakby dla mnie podejrzane to co się dzieje. Nie czuję depresji, a takie otępienie wynikające ze spojrzenia na całe moje życie. Jak ja to wszystko przeżyłam, przecież to była walka na śmierć i życie dosłownie. Ten mój spokój i poczucie pustki obecnie mnie przerażają. Czuję się rozwalcowana przez przeszłość, taka otępiała. Boję się, gdy każdego dnia spotyka mnie coś dobrego, wspaniałego. I to już od ponad roku trwa. Nie wiem co to za stan. Uzdrawiam dużo, szczególnie pracą z Whh. Traumy nie maja dla mnie emocjonalnego znaczenia, juz w duzym stopniu. Tak do mnie dotarło, że to co osiagnelam to byla mordęga, praca nad sobą, sesje, podejmowanie decyzji które mogly mnie zabic, wykonczyc. Strasznie sie zmeczylam i chyba az nie dowierzam w to co mam.
Możliwe, że to za mało pozytywow, za mało afirmacji - i tak się wyczyściłam z traum, że jest taka pustka. Po prostu pustka i nie wiem co na jej miejsce. Muszę chyba wypoczywać i mówić sobie wiele dobrego.
Tak mi się zmienia energetyka...po prostu szok. Słyszę nawet od mamy, że mnie kocha. Nigdy tego nie mówiła. Zaczęło się układać tak pięknie, chyba się tego boję po takim piekle jakie miałam.
Może afirmować bezpieczeństwo i ufność? Wiem, że to przejdzie...i powinno być coraz lepiej. Tylko chcę zaakceptować...wiedzieć że rzeczywiście modlitwa miała sens. Chyba nie wierzę, bo zawsze po jakimś czasie coś się pieprzyło. Przepraszam, ale musiałam się gdzieś rozpisać, nie potrafię dzisiaj do siebie dotrzeć.