Jako że studiowałem na wydziale pedagogiczno artystycznym, to znam trochęludzi, którzy żyją z twórczości artystycznej czy z chałtur. No i niektorym nieźle się powodzi.
Kolega z roku prowadzi w Bielsku Bialej galerię sztuki. Od lat zarabiał dobrze na legalnym handlu międzynarodowym. O ile wiem, jego głownymi dostawczami są absolwenci naszego wydziału.
Muzycy z kolei lepiej zarabiają na weselach niż na koncertach. 1 z nich doprowadził orkiestrę kopalnianą do takiego poziomu,że zaczęła nagrywać płyty. Ale co z tego miał on? Raczej niewiele. Stały etat.
Większość absolwentów pracuje w szkołach ucząc wychowania muzycznego lub plastycznego. Niektórzsy już pewnie są od kilku lat na emeryturach nauczycielskich (przekroczyli 55 lat).
Dzieła plastyczne jednego zkolegów były kupowane przez muzea i miedzynarodowe galerie. Nie ze względu na ich piękno, tylko filozofię:) Jedna z koleżanek prowadzi dla dzieci zajęcia muzyczne rewelacyjną metodą Orrfa.
Już podczas studiów często było widac, że ktoś czuje to, co robi, albo nie czuje, czyli znalazł sie na kierunku przypadkowo.
Artystów (z karmą artysty) było widać. Lecz niektóre osoby odnalazły siebie dopiero po studiach, kiedy poszły w kierunku, który je bardziej pociągał. Nie mogę wykluczyć, że u niektorych bylo to związane z karmą. Znajomości się pourywały, bo nie było powodu ich potrzymywać. Tylko koleżanka ma córkę, która jest związana ze mną karmicznie. To wszystko, co zostało z tamtych lat.
Kontakt mi się urwał nawet z moją najlepszą koleżanką, która zawsze marzyła o produkcji glinianych potworów. Piec zafundował jej świetnie zarabiający mąż. A już niedługo po tym musiala utrzymywać i jego, i całą rodzinę, bo po wybuchu Solidarności został wywalony ze Stoczni w Gdańsku. Od innej koleżanki - artystki, wiem,że potwory świetnie się sprzedają w Austrii.
Znam też artystów - abstrakcjonistów, dla których życie to abstrakcja. I takich chyba jest najwięcej

A może tylko w moim "otoczeniu"?