czy ktoś z Was przerabiał kiedyś wzorce "zamartwiania się"? jak to ugryźć? trzeba znać koniecznie przyczynę?
jestem już taka zmęczona szukaniem przyczyn...
Ja miałam takie wzorce. Ja to nazywałam wzorce martwienia się. Nie wiem czy to to samo czy jest jakas subtelna różnica

Miałam kilka podejść do tego tematu. Z tego co pamiętam to u mnie to się opierało na :
1. poczuciu, że nie może byc cały czas dobrze
Że raz jest dobrze,raz jest żle. Więc kombinowałam sobie (podświadomie), że jak sie zamartwoam to jest to źle, a potem z tego wychodzi dobrze. I wtedy mogę ominąć negatywne wydarzenia. Bo tym "źle" jest zamartwianie się, a tym "dobrze" - jest to co sie potem pozytywnego wydarzy.
Tutaj musiałam przekonać podświadomość, że może byc cały czas dobrze. A jak nawet jest gorzej to mam z tego informację do uzdrawiania, ale i tak Wyższe Ja mnie z tego wyprowadzi.
A poza tym zdałam sobie sprawę, już samym martwieniem się składałam zamówienie do Wszechświata jakich stanów chcę doświadczać i Wszechświat dawał mi coraz więcej powodów do zmartwień.
2. pokucie.
Zamartwianie się było też pewnym rodzajem pokuty. Tak na wszelki wypadek. Bo miałam cały czas poczucie winy za wszystko, które mogłam zagłuszyć martwieniem się.
Tutaj uwalniałam się od poczucia winy i przekonania, ze pokuta ma sens czy jest czyms mądrym.
3. poczuciu wyższości martwiących się.
miałam poczucie, że jestem lepsza od tych "beztroskich", bo więcej widzę, więcej czuję i więcej rozumiem. A oni są beztroscy bo nie znaja życia. Gdyby wiedzieli tyle co ja..... :-))) Ja jestem taka wrażliwa, a oni tacy znieczuleni... Nie widza zależnośc ani zagrożeń ...
a to juz wogóle gruby temat, żęby to ruszyc potrzebne było:
docenienie beztroski, zaufanie do Boga i WYższego Ja , puszczenie kontroli, odpowiedzialności za innych, za świat, misje zbawiania innych, uwalnianie sie od ocenienia i leku przed oceną i pewnie jeszze wiele innych
4. potrzebie wsparcia
Ponieważ moja mama tez bardzo ceniła "martienie się", które rozumiała jako "odpowiedzialność". I to martwienie u mnie "premiowała". Tylko wtedy mogłam dostać od niej wsparcie.
A jak się nie przejmowałam to presją doprowadzała mnie do "martwienia się", żeby potem móc mnie pocieszać i być ta dobrą.
przebaczyłam mamie i otworzyłam się na wsparcie ogólnie od Wszechświata zamiast żadac tego od konkretnych osób,
Mniej więcej tak to było.