Przez długi, długi czas (około roku) męczyłam się z poczuciem ofiary i winowajczyni w pewnej zagmatwanej, ale bezpośrednio mnie dotyczącej sprawie. Poczucie winy w dużym stopniu wmówione przez pozostałe zamieszane w to osoby, ale... Wszystko, co się wydarzyło, było konsekwencją pewnego mojego pragnienia. Intencje były czyste, prośba wyrażona jasno, na początku wszystko szło zgodnie z planem. A potem nastąpiły takie komplikacje, że przestałam rozróżniać, kto jest kim. I dlatego tak długo nie potrafiłam rozgryźć, czy rzeczywiście to ja jestem winna, czy nie. Choć czułam, że w pewnym stopniu tak, bo gdzieś popełniłam błąd. I wreszcie mnie olśniło - trochę dzięki panu Leszkowi i jego wpisie o błędach popełnienianych przez głupotę - jak istotnym czynnikiem był w tym wszystkim czas! Czas, nad którym zazwyczaj kompletnie nie panuję. Zawsze coś robię za wcześnie, albo za późno, za szybko, lub za wolno, albo po prostu o nim...zapominam.
Czy też wam się tak zdarza? Czy jest na to jakaś rada? I z czego to kompletne nieliczenie się z upływem czasu może wynikać? Dodam, że dotyczy również materii, bo zrobione przeze mnie ubrania " rosły" wraz z moimi dziećmi przez cztery czy pięć lat ( u przedszkolaków różnica powinna być znaczna), a ja sama przed tymi wydarzeniami przez 15 lat nic się nie zmieniałam, jak ta pani z zumby opisana przez Lakę.