Inga,
nie chcę tego zamieszczać na forum. To nic osobistego, ani tym bardziej wstydliwego, ale teraz pracuję nad prawem do prywatności i poczułam, że po prostu nie mam ochoty wystawiać tego na widok publiczny. Bez żadnej konkretnej przyczyny, po prostu tak wolę 
A argument, że może "innym się przyda" i robienie czegoś, bo być może w przyszłości ktoś inny na tym skorzysta, nie działa już na mnie. Teraz wydaje mi się to takie bezproduktywne. A kiedyś takie działanie było dla mnie prawie jak odruch bezwarunkowy 
Heh, fajnie przekonać się w praktyce o tym, jak wiele pozmieniało się w moim światopoglądzie 
Dobra, prawo do prywatności przepracowane, z grubsza

. Tamta odmowa bardzo pomogła mi ustalić i obronić swoje granice. Teraz mogę bez żadnych oporów zamieścić na forum opis mojej metody pracy z afirmacjami. Faktycznie, będzie dużo mniej pracy niż przy rozsyłaniu każdemu z osobna

***
Moim celem jest całkowita wolność: od wszelkiego rodzaju przymusów (wewnętrznych i zewnętrznych), dostosowania społecznego, fałszywych przekonań, itd. Afki stosuję, by wywołać szok poznawczy: tj. jeśli mam podejrzenie, że coś mi moją wolność ogranicza, wtedy formułuję odpowiednią afirmację i obserwuję swoją reakcję (czyli nie traktuję tego jako prawdy, ale jako temat do zbadania). Jeśli nastąpi dysonans, tzn. że coś jest na rzeczy i że trzeba się w to zagadnienie wgłębić. No i się wgłębiam, obserwuję, uwalniam

Przede wszystkim nie robię czegoś takiego, jak zaleca większość poradników, że jeśli coś ci się w sobie nie podoba, to zaneguj to i afirmuj przeciwieństwo. Np. myślę, że jestem brzydka i głupia, a chcę być piękna i mądra, więc wystarczy się przekonać, że taka jestem, i po sprawie.
Takie podejście moim zdaniem bardzo blokuje na kontakt ze swoimi uczuciami, a przez to z sobą prawdziwym. Zauważyłam, że lepiej mi się opłaca pozwolić trwać uczuciom, które wywołuje przekonanie, że jestem brzydka i głupia. Wgłębiam się w te uczucie, akceptuję, że tak jest (że taka jestem, że tak o sobie myślę). I co zauważam? Że to tylko etykietki (ładna-brzydka, mądra-głupia, itd.), że buntowałam się przeciwko przylepianiu mi ich. Że chciałam być ładna i mądra, bo chciałam być aprobowana przez innych i przez siebie. Czyli chciałam się dostosować do zbiorowych wyobrażeń. Taka była cena mojego dobrego samopoczucia. Ogromna cena.
I gdy coś takiego wytropię, przychodzi czas na afirmacje: „Nie muszę być ładna, żeby być kochana”, „Nie musisz być ładna, nie musisz być mądra, jak i tak Ciebie kocham najbardziej na świecie

”
Nawet taką piosenkę sobie nagrałam na dyktafonie

Potem zazwyczaj przychodzi czas na „Nie musisz być brzydka, nie musisz być głupia…”.
[Nie stosuję afek do przeprogramowywania podświadomości, więc nie muszę się martwić o słowo „nie” w ich treści. Działam jakby na innym poziomie świadomości, więc negatywne słowa nie mają tu znaczenia: Chodzi tu tylko i wyłącznie o przekaz z nich płynący]
Nie piszę afirmacji po ileś tam razy, często nawet wcale ich nie piszę. Mówię sobie coś i obserwuję swoją reakcję. A to, co mi wychodzi „załatwiam” techniką uwalniania, tj. obserwuję, pozwalam temu trwać, uwalniam i coraz więcej sobie uświadamiam.
A kiedy staję się wolna od przymusów, to wtedy mogę postrzegać siebie jako piękną i mądrą osobę, ale już na zupełnie innych zasadach. Czyli wybieram to, co sprawia mi radość, a nie to, co pozwoli mi uniknąć cierpienia. To wielka różnica

Ostatnio zauważyłam, że coś mnie denerwuje w ludziach, mianowicie ich głupota i niska świadomość, a do tego przemądrzałość. W stanie relaksu pomyślałam: skąd to się bierze? Ano stąd, że w nich czuję siebie, swoją głupotę, niską świadomość i przemądrzałość. Tyle że to wszystko we mnie zepchnęłam tak głęboko, że w sobie tego nie widzę i dlatego tak denerwuje mnie to u innych. Bo przypomina o czymś, o czym chcę zapomnieć.
No więc poszłam tym tropem dalej: Pomyślałam sobie, dlaczego spycham tak bardzo tę część siebie, która reprezentuje głupotę i przemądrzałość? Przecież to obiektywnie nic złego. Nie jest tak, że głupota jest zła, a mądrość dobra, przemądrzałość to tak samo nic złego, to tylko ja oceniam tak z pozycji swojego ograniczającego umysłu. Co mi daje taka ocena, dlaczego tak bardzo boję się siebie głupiej? Co by się stało, gdybym pozwoliła sobie być głupia?
No i zorientowałam się, że chodzi o społeczną aprobatę. Pragnę aprobaty, dlatego chcę być taka, jaką chcą mnie ludzie. A chcą mądrą, a nie głupią.
Weszłam w to głębiej i okazało się, że ci ludzie to przede wszystkim rodzice. Przypomniałam sobie, że w naszym domu jedną z największych wartości była mądrość i wiedza. Gdy czegoś nie wiedziałam, wtedy ojciec dziwił się, że „Haniu! Jak to! To ty tego nie wiesz?”, a mnie było wstyd i byłam zła na niego, że tak mnie deprymuje.
Natomiast przewinieniem była przemądrzałość (na tym polu tłamsiła mnie z kolei mama).
A więc gdy nie widziałam, było źle, bo – w domyśle – byłam głupia. Gdy wiedziałam lepiej od rodziców, też było źle, bo – w domyśle – byłam przemądrzała. Tak źle i tak niedobrze.
No i rozwiązanie miałam gotowe: spychałam tę część siebie, którą uważałam za głupią i przemądrzałą, bo pragnęłam aprobaty (miłości) rodziców.
Teraz pozostało mi tylko zaakceptować tę część siebie, zaakceptować głupotę w sobie (i przemądrzałość). To dłuższy i głębszy proces, ale pomagam sobie w tym afirmacją wpisaną na telefonie „Haniu, możesz być głupia, przemądrzała i nic nie wiedzieć. Ja i tak Cię kocham” (lubię zwracać się do siebie tak, jakbym zwracała się do dziecka w sobie, bo wtedy wchodzę w rolę kochającego rodzica, którego zawsze mi brakowało).
Afirmacja to tylko pomoc. Większość moich działań skupia się na tym, żeby jak najczęściej pozwalać sobie na wyciągnięcie z mroków podświadomości moją „głupią” część siebie i wytrzymywanie uczucia, że mogę być z tego powodu przez kogoś odrzucona. Chodzi o zaprzyjaźnienie się z tą swoją częścią siebie, poznanie jej. I „wypięcie się” na to, co o mnie myślą inni. Po jakimś czasie okazuje się, że to przestaje mieć znaczenie, że odrzucenie, nawet jeśli jest tylko wyimaginowane, nie jest takie straszne, a ta część mnie, którą uważałam za głupią, wcale taka nie jest i nigdy nie była. Tylko ja miałam o niej takie zdanie.
Żeby to zmienić, wystarczyło się jej przyjrzeć, bez lęków i uprzedzeń
