Wczoraj bylam na spotkaniu wyznawcow "Paramahamsa Jogananda" ten co napisal "Autobiografie Jogina". Wyszlo od mojej szefowaej, ktora praktykuje ta droge juz od 40 lat....
ok ona moze robic co chce, ale to nie znaczy, ze ja musze tez tobic co oni robia i wierzyc w ich prawdy. Wyladowalam w Aschaffenburgu, wstep byl wolny...bylo jakies 300 ludzi (nawet mili)
i mnich z Ameryki robil wyklad na temat medytacji....to byly podstawy..i dla mnie super...ale ci ludzie ponoc medytuja codziennie juz od 40 lat...wiec po kiego grzyba im rady jak nie usnac w czysie medytacji?

ok...nie bede krytykowac, ale ich mantr nie chcialo mi sie spiewac....pytalam sie po co to jestem?

jeszcze nie dostalam odpowiedzi...

Niedawno bylam u Mormonow, teraz Jonaganda...mam poznac wszystkie religie i odlamy religinje na wlasnej skorze?
Niewazne.....jednak po wykladzie byla wspolna medytacja i bylo fajnie...potem spiewali wszyscy "om guru om guru" a ja mysle...kurde..to nie moj guru...ja nie naleze do nich...nie moglam sie poddac i ciagle wew.sie przeciwstawialam.....tzn. wydalo mi sie jasne, ze to nie moj swiat...portrety ludzi, do ktorych oni sie modla.( byl tam portet Jezusa) ok ale inni?...nie znam sie na tym i nawet nie chce poznawac.
Wiec uznalam, ze kazdy ma prawo wierzyc w co che...byle byl szczesliwy, a ja poczulam sie z moimi przekonaniami tak dobrze i bezpiecznie...ze az mi milo na duszy bylo. Bo czy ktos powiedzial, ze kazdy musi cos praktykowac i miec swojego guru....? Ja mam Boga i ludzi, ktorzy mnie inspirujuja...jedni wiecej inni mniej ...ale lepiej jak pozostane bezpartyjna ha ha...wolna na calego !!!
Haniu dzieki juz mi lepiej - lecze sie ziolami szwedzkimi od Marii Treben...sa odlotowe- dobre na wszystko
