Mam mętlik w głowie, więc może tutaj uda mi się pewne kwestie jakoś sobie ułożyć.
O moich toksycznych rodzicach się napisałem już mnóstwo razy. Jakiś czas temu w końcu udało mi się dojść do etapu, gdzie nie czuje do nich żadnej większej urazy (coś tam pewnie jeszcze siedzi, ale to nie są już tak duże i przytłaczające uczucia). Od 3 miesięcy żyję na własny rachunek, mieszkam z ukochaną osobą i moje kontakty z rodzicami stały się dosyć sporadyczne. Zdarzyło mi się kilka razy do nich zadzwonić, raz nawet wpadłem jak potrzebowałem coś wydrukować, ale nie było w tym w ogóle żadnej chęci, aby się z nimi zobaczyć. Kiedy już mamy ze sobą kontakt to jest nijako - nie mamy o czym rozmawiać, z ich strony jest brak przejawów jakichkolwiek pozytywnych uczuć w moją stronę - albo są zimni i oschli albo mało sympatyczni.
Wczoraj miałem dość przełomowe spotkanie z nimi. Zdałem ostatnio magisterkę, więc z tego powodu chcieli mnie wyciągnąć na miasto na jakiś obiad. Miałem dość mocno mieszane uczucia co do tego wszystkiego, ale chciałem dać im po raz milionowy kolejną szansę łudząc się, że może coś zmieniło po dosyć przełomowych akcjach tuż przed moją wyprowadzką. Namówiłem partnerkę żeby poszła ze mną, mimo że była dość mocno niechętna, co nie jest dziwne ze względu na stosunek mojej matki do niej. Ja jednak koniecznie chciałem chociaż spróbować i zobaczyć czy taki rodzinny twór chociaż w wersji minimalnej jest w stanie funkcjonować.
Niestety spotkanie było totalną klapą - oni byli jak zawsze sobą, niby się pojawiały jakieś uśmiechy, ale wszystko było sztuczne i zdominowane przez ich toksyczne zachowania i reakcje. Ja byłem przyzwyczajony do tego wszystkiego i nudziłem się, ale nie męczyłem jakoś szczególnie. Dominowało jednak uczucie bezsensu i nasuwające się pytanie "po co ta cała szopka?". Moja partnerka męczyła się strasznie, bo ona jednak pochodzi z mniej toksycznego domu, gdzie normalne było okazywanie sobie uczuć, jakieś więzi rodzinne i tego typu sprawy. A tutaj mnóstwo jakiejś dezaprobaty, chłód emocjonalny, znudzenie sobą nawzajem i brak czegokolwiek pozytywnego. Nie widzieliśmy się prawie dwa miesiące, a nawet nie mieliśmy o czym rozmawiać. Ciężko było poruszyć jakikolwiek temat, a z ojcem gadałem więcej o rozliczaniu podatków i pracy niż czymkolwiek innym. Z matką prawie słowa nie zamieniłem.
Dzięki zdrowemu związkowi jaki teraz mam, dzięki spojrzeniu mojej partnerki na tą sytuacją dotarło do mnie jak bardzo patologiczne to wszystko jest. Myślałem, że jak już nie ma chamskich ataków i jakiś większych, chorych akcji to już jest w porządku. Dla przykładu dla mnie było normalne to, że po zapytaniu się o to jaką ocenę dostałem z obrony i powiedzeniu że czwórkę, usłyszałem tylko "a czemu się nie nauczyłeś na piątkę". Moja partnerka była w głębokim szoku

Dla mnie staję się jasne, że z tej relacji nic zdrowego nie będzie. Wiele razy chciałem to urwać, ale pierwszy raz nie czuję, żebym chciał tego pod wpływem emocji. Bo ja mógłbym do czasu do czasu spotkać się z nimi i nie było w tym nic strasznego, nic czego bym się bał. Po prostu nie widzę w tym sensu, nie wiem co miałbym z nimi robić i po co. Oni zresztą podtrzymują tą relację tylko dlatego, że jestem ich synem i to oczywiste że musimy mieć relację - zwykłe poczucie obowiązku, nic więcej. Żadne z nas nie potrafi się w tym odnaleźć, widać że nikomu na tym nie zależy i nikomu nie sprawia to przyjemności. U nich tylko działa to zaślepienie, że trzeba, a ja nie potrafię tego tak po prostu przerwać.
Nie wiem co robić. Nie chcę tego urywać tak po prostu, ale nie chce się z nimi spotykać, nie chce dzwonić, ani nawet odbierać ich telefonów. Wiem, że oni tego nie zrozumieją, wiem też że oni się starają na swój chory, spaczony sposób. I wierzą że jest ok wszystko z ich strony. Ojciec uważa, że jak sypnie o czasu do czasu kasą, to już jest super ojcem. Zresztą słyszałem ostatnio od siostry, że on uważa, że ja wciąż nie jestem samodzielny, bo on mi pomaga. A ta pomoc to kupno materaca i lodówki (o to drugie go nawet nie prosiłem) - co z tego, że z własnej pensji utrzymywałem samodzielnie dwie osoby, póki dziewczyna nie znalazła pracy? Zarówno on, jak i matka chcą mnie widzieć jako kogoś kim nie jestem. Mają o mnie beznadziejne zdanie i żadnych chęci, żeby poznać mnie takiego, jakim jestem. Siedząc wczoraj z nimi czułem jak wiele negatywnych ocen idzie w stronę moją i partnerki. Nie wiem po co mi taka relacja.
Piszę to wszystko, bo chyba potrzebuje po prostu usłyszeć, że jestem w porządku z tym, że w takich okolicznościach nie chce dalej ciągnąć tej relacji.