Moja mama miala podobny zwyczaj; lapala sie za serce i gleboko wzdychala jak probowalam miec swoje zdanie....bardzo ja kochalam i ona byla dla mnie naprawde dobra, a jednak "wyrobila" we mnie wielkie poczucie winy- niechcacy.Ale ona dzialala ze tak powiem "mechanicznie" i nie zdawala sobie sprawy z tego jakie to toksyczne dla mnie bylo. Mysle Laka ze Twoja mama ma problem ze soba, tak jak moja miala a my jestesmy ofiarami ich duchowych ran.
Żaden rodzic nie krzywdzi swoich dzieci świadomie. Nawet taki, który celowo katuje swoje dziecko nie robi tego świadomie, ale dlatego, że coś mu zaciemnia świadomość.
A konkretniej to tym, co zaciemnia mu tę świadomość jest mechanizm wyparcia emocji z dzieciństwa. Skrzywdzone dziecko staje się katem dla swojego potomka. Odgrywa się też na partnerze i innych ludziach. Nie może inaczej dopóki nie rozpozna tych mechanizmów i ich nie zlikwiduje, będzie działać właśnie jakby mechanicznie, bo nieświadomie. Nie ma innej możliwości, żeby postępować inaczej w dziedzinach, w których jest coś nieuzdrowione, bo tego się po prostu nie widzi (tyle, że to od nas zależy, czy damy sobie szansę coś zobaczyć czy nie, dlatego jesteśmy za to odpowiedzialni).
[[Tak na marginesie - to dlatego ludzie, którzy mają dzieci, mają trudniej z przyznaniem się do tego, że w dzieciństwie byli krzywdzeni. Bo podświadomie czują, że tym samym musieliby przyznać się do tego, że sami krzywdzą swoje dzieci. Czyli w tym przypadku do bólu przyznania się do tego, że byli niekochani w dzieciństwie, dochodzi ból przyznania się do swoich własnych błędów, do tego, że nie jest się tak wspaniałym, jak się myśli (duma własna bardzo na tym cierpi).]]
Dlatego każdy rodzic jest tak samo niewinny. Ale to nie znaczy, że nie jest odpowiedzialny. To dwie różne kwestie.
Są odpowiedzialni. To oni krzywdzą, nieważne, że nieświadomie. Dla dziecka nie ma to najmniejszego znaczenia. Ból dziecka jest zawsze taki sam.
To tak jakby ktoś przejechał Ci samochodem nogę. Zawsze boli tak samo, nieważne, czy zrobił to świadomie, czy nie.
Ale dzieci tłumaczą rodziców i wmawiają sobie, że nie bolało (dlaczego tak robią, napiszę poniżej). Gdy rodzic nie był jednoznacznie „zły” dla dziecko, tym trudniej przyznać się do bólu, tym łatwiej go tłumaczyć i „zrozumieć” (ale to nie jest prawdziwe zrozumienie, tylko tłumaczenie z intelektu).
Tylko żeby naprawdę zrozumieć, że tak naprawdę nikt nie jest winny, żeby to sobie uświadomić i prawdziwie przebaczyć, trzeba pozbyć się zaciemniających tę kwestie emocji (przede wszystkim gniewu), które kiedyś powstały i zostały zepchnięte w nieświadomość. Nie ma innego wyjścia niż dostrzeżenie ich, wyciągnięcie na wierzch i przeżycie ich.
A żeby to zrobić, nie można starać się rozumieć rodziców (nie może jednocześnie tłumaczyć rodziców i gniewać się na nich autentycznie, całą sobą. To nie możliwe). Trzeba to całe zrozumienie odsunąć na bok i stanąć całkowicie po swojej stronie. Czyli po stronie dziecka, które było krzywdzone. I obarczyć odpowiedzialnością rodziców. Tylko rodziców.
Dać sobie poczuć cały gniew oraz złość na nich i wzbudzić współczucie do siebie, jako do ofiary. Dać sobie prawo zapłakać nad swoim własnym losem i posmucić się tyle, ile trzeba. Bo to, co przeżyliśmy było naprawdę smutne.
I kiedy te wszystkie emocje wyjdą, pozostaje świadomość, że nikt nie był winny, że nie było katów i ofiar, że wszyscy – bez wyjątku – byliśmy ofiarami swoich własnych zaślepień. I to jest prawdziwe przebaczenie, kiedy widzi się, że nie było czego przebaczać. A potem człowiek dostrzega, że wszystko, co nam się przytrafiło, było właściwe i już nawet nie postrzega siebie jako ofiary.
Ale ta świadomość to naturalna konsekwencja pewnych działań. Nie można sobie tego uświadomić na siłę.
To standard, że rodzice wzbudzają w dzieciach poczucie winy. A dlaczego dzieci tak łatwo to łykają? Bo poczucie winy chroni za dużo większym bólem. Bólem przyznania, że było się niekochanym (tak, jak na to zasługiwaliśmy), odrzuconym. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać dziwne, bo przecież każdy z nas kiedyś przeżył odrzucenie i może nie było przyjemne, trochę bolało, ale dało się przeżyć. Z pozycji dziecka wygląda to całkowicie inaczej. Ból jest nie do zniesienia, bo wiąże się z lękiem o to, co ma najcenniejszego, o swoje życie. Czyli z lekiem przed śmiercią (to w tym sensie poczucie winy wynika z pragnienia aprobaty, a to z kolei z pragnienia bezpieczeństwa. Bo gdyby rodzice nas nie zaaprobowali, to byśmy nie przeżyli).
Dziecko jest całkowicie zależne od swoich opiekunów. To od ich aprobaty zależy, czy przeżyje, czy nie (wystarczy przypomnieć sobie, jaki los spotykał nie-takie-jak-trzeba niemowlęta w Sparcie). Gdy dziecko czuje, że w jakiś sposób nie jest aprobowane przez rodziców, wtedy powstaje w nim lęk o swoje życie. Gdyby uznało, zgodnie z prawdą, że „wina” leży po stronie matki (rodziców), to musiałoby przyznać, że może tylko czekać na niechybną śmierć, że jest zdane na kapryśny los, że samo nic nie może zrobić. Nie mogłoby się poczuć bezpiecznie.
Dlatego woli uznać, że to z nim jest coś nie-tak. W takiej sytuacji samo może wpływać na swój los. Może się zmienić, może się postarać, może się przystosować, może stać się potrzebne (to dlatego np. wczuwa się w potrzeby matki, wypierając swoje).
A ponieważ sytuacja się nie zmienia, matka nie aprobuje go bardziej niż może (bo inaczej nie może), to powstaje w nim poczucie winy. I to poczucie winy przywiązuje dziecko do rodzica. Widać z tego, że ma funkcję ochronną – chroni przed bólem przyznania się, że nic nie zależało od nas, że to rodzice są wyłącznie odpowiedzialni za to, co się nam przytrafiło na początku naszego życia. A to jak już napisałam – boli najbardziej.
Co zrobić, żeby pozbyć się poczucia winy? (i nie tylko poczucia winy, oczywiście

)
Zobaczyć tę sytuację ze swojego dzieciństwa taką, jaką była. Pozbyć się złudzenia, że mogliśmy coś zrobić, żeby nas kochano, że to nasz wina, że nas odrzucono, bo byliśmy nie tacy, jak trzeba. Nic nie mogliśmy zrobić. Za zachowanie naszych rodziców w stosunku do nas odpowiedzialność ponoszą nasi dziadkowie, czyli ich rodzice, a nie my.
Czyli trzeba położyć odpowiedzialność tam, gdzie jej miejsce. W tym celu trzeba pozbyć się złudzenia, że rodzice nas pokochają, JEŚLI TYLKO… (jeśli tylko będziemy bardziej się starać, itp.). Nigdy nie pokochają nas tak, jakbyśmy tego oczekiwali. Bo nie mogą. Skoro nie kochali nas, gdy byliśmy małymi, bezbronnymi dziećmi, to tym bardziej nie zrobią tego teraz.
Po drugie, uświadomić sobie, że nasz lęk przed zobaczeniem prawdy o nas jest lękiem małego dziecka. A małego dziecka już nie ma. Jest dorosły człowiek, który sam o siebie może się zatroszczyć i na pewno nie zginie, gdy zostanie odrzucony. Wręcz przeciwnie, poczuje się uwolniony od ludzi, którzy nie pasują do niego. I będzie mógł wreszcie pozwolić sobie spotykać takich, którzy dadzą mu to, na co zasługuje!
Żeby to wszystko sobie uświadomić, trzeba wypuścić na wolność emocje stłumione w dzieciństwie. Czyli tak jak już pisałam – nie tłumaczyć rodziców. Stanąć całkowicie po swojej stronie. I pozwolić sobie poczuć to wszystko, czego czuć nie można było, gdy byliśmy dziećmi. To jest pierwszy, najważniejszy krok do uwolnienia.