Autor Wątek: Terapia wewnętrznego dziecka  (Przeczytany 189711 razy)

Witek D.

  • Wiadomości: 1 939
  • Płeć: Mężczyzna
    • Dotykduszy.com
  • Witold Dopierała, regresing, analizy psychometryczne i duchowe. Zapraszam na http://dotykduszy.com/
  • Status: Regreser
[#]   « 2012-06-13, 07:56:08 »
Tam gdzie brak tego, staje się to potrzebą. W zasadzie pragnieniem, bo wynika ono z poczucia braku (niezaspokojenia wewnętrznego). Jak nie ma braku, nie ma problemu.

Karina

  • Wiadomości: 3 331
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-13, 07:10:45 »

Najstarszą ludzką potrzebą, jest posiadanie osoby,
zastanawiającej się, o której w nocy wrócisz.

Margaret Mead - antropolog

Jedmak póki co wydaje mi się, ze to jest najgłębsza ludzka potrzeba bycia kochanym i kochać. Mi sie wydaje, ze to jest bardzo przyjemne, gdy myślisz, ze ktoś o Tobie mysli i sie martwi, albo jeszcze czeka z kolacją. ;)

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-12, 23:51:31 »
Felicite
Mam, jak na teraz, podobne spostrzeżenia. Amerykańscy psychologowie od długiego czasu wmawiają ludziom, że człowiek potrzebuje kochać i być kochanym. W domyśle przez innych ludzi. Ponadto przekonują, że do prawidłowego rozwoju potrzebujemy 5-6 przyjaciół, żeby zaspokoic tę potrzebę bycia kochanym. Dlatego ludzie sądzą, że to są ich prawdziwe potrzeby, a jeśli nie mogą ich zrealizować, to czują się nieszczęśliwi. Mówią nie mam nikogo, kto by mnie kochał.
Tak by nie mówili, gdyby dali sobie choć jakąś część miłości, a nie oczekiwali, że inni ją im dadzą. A ludzi są dziwni. Jak widzą, że masz, to ci też dołożą, a jak widzą, że nie masz i pragniesz, to ci jej nie dadzą, i jeszcze się tyłkiem wypną.

 
« Ostatnia zmiana: 2012-06-12, 23:54:57 wysłana przez Mateusz »

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-12, 23:36:53 »
Cytuj
Najstarszą ludzką potrzebą, jest posiadanie osoby,
zastanawiającej się, o której w nocy wrócisz.

Margaret Mead - antropolog

Ciekawe jeszcze jak nas ta osoba chce przywitać, kiedy późno wracamy do domu ;)

Bywa że mamy takie "potrzeby", czy też podobne w takim stylu, jednak człowiek się zmienia i zmieniają się też potrzeby. To znaczy, że w pewnym momencie wcale czegoś takiego możemy nie potrzebować. To czego potrzebujemy odkrywamy w sobie, i możemy to dawać innym, jeśli chcą z tego skorzystać.

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-12, 22:32:32 »
mnie wręcz złości fakt, że są potrzeby, które mogą zastąpić tylko inni, tak bardzo chciałąbym byc samowystarczalna też.:))
Ciekawe skąd taki opór ?

Nie wiem. Mam pewne podejrzenia, ale to jeszcze nic konkretnego. Jestem na etapie rozpracowywania problemu, a właściwe otwarcia się na intuicję i inspirację :)

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-12, 22:27:22 »
Najstarszą ludzką potrzebą, jest posiadanie osoby,
zastanawiającej się, o której w nocy wrócisz.

Margaret Mead - antropolog

Może i jest to najstarsza ludzka potrzeba, ale nie wygląda mi na naturalną. Po co miałabym potrzebować kogoś takiego? Chyba tylko po to, żeby się dowartościować tym, że ktoś zaprząta sobie głowę moim bezpieczeństwem, że ktoś mnie potrzebuje, itd.
Nie podoba mi się to. Miłość to nie kontrola i wybieganie w przyszłość na zasadzie "co by było, gdyby" i oczekiwanie na coś, co mnie uszczęsliwi. Miłość to wolność, szczęście i radość nawet wtedy, gdy osoby kochanej nie ma przy nas.

A w ogóle po przemyśleniu muszę stwierdzić, że to nie jest do końca tak, że zawsze potrzebujemy kogoś, "w kogo oczach będziemy mogli się przejrzeć". Podejrzewam, że taki ktoś jest potrzebny w chwilach uzdrawiania zastarzałych ran. Ale po nawiązaniu pełnego kontaktu z sobą prawdziwą, nie jest to już potrzebne. Przeciwnie, wtedy mamy w sobie tak dużo miłości, że inni ludzie są nam "potrzebni" do tego, żeby się nią dzielić, ewentualnie, żeby ją mnożyć :) Ujęłam słówko potrzebni w cudzysłów, bo to nie jest potrzeba na zasadzie konieczności, tylko na zasadzie pełnej dobrowolności.
Skąd mi to przyszło do głowy? Do takiego wniosku doszłam na podstawie moich doświadczeń (a także na podstawie opisów stanów przepływu innych osób). Kiedy mam chwile, gdy czuję pełny kontakt z prawdziwą sobą, to wtedy nikt i nic (dosłownie) nie jest mi do szczęścia potrzebny. Ani żeby od niego brać, ani żeby się z nim dzielić. Jeśli jednak ktoś jest w pobliżu, to "obejmuję" go jakby swoim uczuciem [nawet nie potrafię nazwać tego uczucia, takie jest nowe i piękne, jakby totalne - o, to jest najlepsze określenie, totalna radość z bycia :)))], ale nie jest on mi potrzebny do tego, by to odczuwać.

Karina

  • Wiadomości: 3 331
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-12, 15:27:14 »
Najstarszą ludzką potrzebą, jest posiadanie osoby,
zastanawiającej się, o której w nocy wrócisz.

Margaret Mead - antropolog

Karina

  • Wiadomości: 3 331
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-12, 13:28:48 »
"Podsumowując: są potrzeby, które możemy zaspokoić tylko my sami i z tym trzeba się pogodzić. Są też potrzeby, które są w stanie zaspokoić tylko inni. I z tym też się trzeba pogodzić :)))
[przy tym drugim coś mnie ruszyło, bo chciałabym być samowystarczalna, a tu zonk, hehe. Dzięki Wam za inspirację :*]"

Feli
mnie wręcz złości fakt, że są potrzeby, które mogą zastąpić tylko inni, tak bardzo chciałąbym byc samowystarczalna też.:))
Ciekawe skąd taki opór ?

I tez bardzo dziekuję Ci, bo inspirujesz mnie odkąd Cię znam. *)

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-06-12, 12:31:08 »
Feli
Dobrze że to wszystko tu piszesz, bo dzięki temu nie czuję się tu jakąś dziwaczką ze swoimi technikami psychologicznymi.

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-12, 12:14:05 »
Niedawno nawet dowiedziałam się, że moja mama kiedy chodziła w ciąży ze mną celowo jadła jak najmniej, żebym ja była malutka i żeby dzięki temu mieć lżejszy poród.  I rzeczywiście, po urodzeniu nie ważyłam nawet 3 kg.

Ojej, jakie to smutne! :(((( Biedna, biedna mała Madzia... <przytula>

Grażynka, Karina,
a wiecie, że nawet chciałam napisać, że jedyne czego człowiek nie jest dać sobie samemu, to dotyk (choć to też może, ale wiecie o co mi chodzi), seks, itd.?  No ale wtedy nie wydało mi się to takie ważne, bo w końcu pisałam o chorym pragnieniu, o pragnieniu dostania od ludzi tego, czego nie możemy dostać. A to, co piszecie , to zdrowa potrzeba, bo można to dostać od innych ludzi :)
Pominęłam tę kwestię, bo wydała mi się mało ważna. A teraz widzę, że jest on bardzo wazny! Fajnie, że nam się to krystalizuje :))
No właśnie: jeszcze zdrowa potrzeba bycia widzianą, zauważaną. Dla mnie to stosunkowo nowe kwestie. Poszukuję więc inspiracji na ten temat (czyli temat potrzeb dziecka, a tym samym w ogóle człowieka), żebym teraz mogła to wszystko dać mojej małej Hani. Sama, bądź przez innych ludzi :)
Jak człowiek był zaniedbywany w dzieciństwie to jedno przeczytanie o tym nie wystarczy. Trzeba to sobie powtarzać aż o skutku, czyli aż do przyswojenia :)

Tak, tak, tak! 3 X TAK :D
Człowiek to istota społeczna i nie jest i chyba nigdy nie będzie tak, żeby nie potrzebował w żaden sposób innych ludzi. W ograniczonym jednak zakresie, czyli w takim, w jakim inni ludzie mogą mu dać to, czego potrzebuje :)
Zresztą tak jesteśmy skonstruowani (a to ze względu na istniejącą jedność miedzy nami), że pomaganie innym, zaspakajanie ich zdrowych potrzeb, przebywanie z innymi, dotykanie, pieszczoty, "oddawanie innym części siebie" (jeśli jest to zdrowe), itd., cieszy jak nic innego na świecie.
Podsumowując: są potrzeby, które możemy zaspokoić tylko my sami i z tym trzeba się pogodzić. Są też potrzeby, które są w stanie zaspokoić tylko inni. I z tym też się trzeba pogodzić :)))
[przy tym drugim coś mnie ruszyło, bo chciałabym być samowystarczalna, a tu zonk, hehe. Dzięki Wam za inspirację :*]

Karina,
I jeszcze mi przyszło: chodzi po prostu o drugą osobę, o jej obecność.

Dokładnie tak. To dlatego A. Miller tak bardzo podkreśla wagę obecności w terapii tzw. akceptującego świadka. Nie musi to być terapeuta. Wystarczy ktoś, kto wysłucha, zrozumie, zaakceptuje. Jeden gest daje więcej niż miesiące pracy nad sobą!
Mój mąż był takim świadkiem w czasie mojego uzdrawiania dzieciństwa. I choć nie do końca wszystko był w stanie zaakceptować (bo gdy ktoś sam nie ma uzdr. dziecinstwa, to pewnych rzeczy nie przeskocz, nie zrozumie, nie jest w stanie znieść), to bardzo dużo mi to dało. Nie jestem nawet w stanie opisać, jak dużo.

Ale to dorosłe dziecko ma zadbać o relację z człowiekiem i ze światem, poszukać, sięgnąć.

Bredshaw pisze nawet, że teraz dorosły powinien nie tylko stać się rodzicem dla wewnętrznego dziecka, ale znaleźć mu odpowiedzialnych rodziców zastępczych. To taka przenośnia tego, o czym piszesz :)

***
Jeszcze jedno mnie naszło:
Kiedyś nie rozumiałam słów: miłość to czas i uwaga (powtarza je zawsze prof. Królicki, wykładowca metody Silvy). A teraz wiem, że jeśli ktoś nie daje sobie czasu i uwagi w odpowiedniej ilości, to jego zapewnienia o miłości wobec siebie to czcze deklaracje. I odwrotnie - daj sobie czas i uwagę, a pokochasz siebie :))
« Ostatnia zmiana: 2012-06-12, 12:25:15 wysłana przez Felicite »

Karina

  • Wiadomości: 3 331
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-12, 10:08:57 »
Feli

I jeszcze mi przyszło: chodzi po prostu o drugą osobę, o jej obecność. Tego procesu "leczenia" dziecka z braku matki w okresie niemowlęctwa nie da się dokonać samemu. Po prostu się nie da. W ogóle nie da się żyć samemu:) I nie chodzi o to, żeby ktoś był dla tego dorosłego dziecka 24h/dobę. Ale to dorosłe dziecko ma zadbać o relację z człowiekiem i ze światem, poszukać, sięgnąć.
Samemu można siebie objąć ramionami, to jest bardzo ważne. Tylko że ta droga nie jest prosta. Ten krok może nie być możliwy samodzielnie. To jest trochę tak, jakby powiedzieć dziecku, które nie było w dzieciństwie przytulane: uświadom sobie, że powinieneś zadbać sam o siebie. Mówienie tego dziecku nic nie pomoże. Słowa nie leczą.
Przypomina mi się scena z pewnej terapii, sprzed paru lat. To jest jedna z chwil, która mi przypomina, wtedy kiedy w to zwątpię, że terapia ma sens.
Siedzę na podłodze, płaczę, trzymam w ręku "lalkę", która jest moim wewnętrznym dzieckiem. Coś mówię. I czuję w swoim ciele ruch, terapeuta "wie" o tym ruchu i pyta, co chcę zrobić. A ja chcę rzucić tą lalką o ścianę. Mówię o tym. On prosi, żebym mu obiecała, że jeśli będę chciała to zrobić, to żebym mu oddała "lalkę-dziecko", on się nią zaopiekuje. Oddaję. On ją przytula. Ja patrzę i płaczę. Ten ruch, ta scena, zatrzymuje wewnętrzną agresję. Której być może nie "widziałam". Przemienia ją. Pokazuje mi. Na chwilę wyskakuję z mechanizmu, któremu podlegałam przez wiele lat. Ktoś wszedł w rolę dobrego dorosłego, objął ramionami i sercem. I ja mogłam się tego nauczyć. Docenić. Poczuć jak to jest inaczej, poczuć to serce. To jeden krok, żeby zaufać. Po wielu miesiącach dotarło do mnie, jak ważny. Tych kroków było dużo więcej. Ktoś, kto nauczył mnie, jak przytulić Siebie. Zamiast matki, która tego nie robiła.
Są różne sposoby na pewno, odzyskiwania Siebie i miłości do siebie, przekraczania osobności. I to nie jest krótka droga...

Karina

  • Wiadomości: 3 331
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-12, 09:54:40 »
Tej potrzeby: bycia widzianym, dotykanym, wzrokiem, dłonią, sami sobie nie zaspokoimy.

Karina

  • Wiadomości: 3 331
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-12, 09:52:55 »
Feli
jednego czego mi zabrakło w Twoim tekście, a co wg mnie również jest istotne w miłości, w jej odczuwaniu/okazywaniu/przyjmowaniu – to dotyku - (zewnętrzności ... wzrokiem, słuchem, smakiem, dotykiem, …) - "cielesności" – nie istniejemy „sami dla siebie” jako miłość – … w miłości bezwarunkowej – niezbędną staje się wewnętrzność/zewnętrzność, aby się w nich „obu” równocześnie rozpuścić. :)

Grażyna Anna

  • Gość
[#]   « 2012-06-12, 09:49:37 »
Cytuj
Dlaczego ludzie tak buntują się, gdy jest mowa o tym, że miłość mogą dac sobie sami? Dlaczego tak się boją? To jest bunt i lęk małego dziecka, które mysli, że samo sobie nie poradzi, że zginie bez miłości z zewnątrz. I to jest prawda. Tzn. to była prawda. Kiedyś. Wtedy małe dziecko nie przeżyło by, gdyby rodzice go porzucili. Ale teraz sytuacja jest inna. Trzeba to sobie uświadomić i zauważyć, że jest już zupełnie inaczej i że ten lęk teraz nie ma sensu! A jak to sobie uświadomić? Wypuścić na zewnątrz stłumione emocje, powrócić do tamtego czasu i przeżyć cały ten lęk przerażonego niemowlęcia.
A potem nauczyć się traktować tak, jak kiedyś powinna traktować nas matka :)))

Feli :) Dzięki za ten fragment. Faktycznie, te moje lęki pochodzą z okresu niemowlęctwa, a moja pś cały czas uważała je za aktualne. Cały czas starałam się unikać sytuacji, która nie ma już miejsca. W tej całej układance brakowało mi właśnie tego jednego kawałka. Uświadomienia sobie, że te lęki nie mają już podstaw. Jestem już wystarczająco silna by poradzić sobie sama, by sama zatroszczyć się, zadbać o siebie :D

Indra

  • Wiadomości: 2 440
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-12, 09:31:12 »
 Nie mam już jakiegoś wielkiego problemu z wagą, na szczęście:) Tzn. nadal mam nadwagę, otyła już nie jestem, troszkę jednak ruszyłam temat samoakceptacji i waga sama zaczęła lecieć w dół. Oczywiście zaczęłam się inaczej odżywiać i bardziej o to dbać, jednak sało się to jakby bezwysiłkowo, to już nie była drakońska dieta, z którą sie męczyłam, po prostu wrzuciłam na luz i samo się naprostowuje. Owszem, nadal nie jestem szczupła, ale coraz bardziej podobam się sobie taka, jaka jestem i nie mam ciśnienia na rozmiar 38, mogę być trochę większa, a nawet mi się to podoba. Nadal chcę jeszcze trochę zrzucić, ale moim celem nie jest idealna szczupłość.
To ograniczenie pokarmu w tym momencie kojarzy mi się z odmawianiem mi miłości, byłam niechcianym dzieckiem i matka zawsze mocno dawała mi odczuć, że jestem dla niej ciężarem, co sprawiło, że wyrosłam w wiecznym poczuciu winy za sam fakt, iż miałam czelność w ogóle się urodzić.