Niedawno nawet dowiedziałam się, że moja mama kiedy chodziła w ciąży ze mną celowo jadła jak najmniej, żebym ja była malutka i żeby dzięki temu mieć lżejszy poród. I rzeczywiście, po urodzeniu nie ważyłam nawet 3 kg.
Ojej, jakie to smutne!

((( Biedna, biedna mała Madzia... <przytula>
Grażynka, Karina,
a wiecie, że nawet chciałam napisać, że jedyne czego człowiek nie jest dać sobie samemu, to dotyk (choć to też może, ale wiecie o co mi chodzi), seks, itd.? No ale wtedy nie wydało mi się to takie ważne, bo w końcu pisałam o chorym pragnieniu, o pragnieniu dostania od ludzi tego, czego nie możemy dostać. A to, co piszecie , to zdrowa potrzeba, bo można to dostać od innych ludzi

Pominęłam tę kwestię, bo wydała mi się mało ważna. A teraz widzę, że jest on bardzo wazny! Fajnie, że nam się to krystalizuje

No właśnie: jeszcze zdrowa potrzeba bycia widzianą, zauważaną. Dla mnie to stosunkowo nowe kwestie. Poszukuję więc inspiracji na ten temat (czyli temat potrzeb dziecka, a tym samym w ogóle człowieka), żebym teraz mogła to wszystko dać mojej małej Hani. Sama, bądź przez innych ludzi

Jak człowiek był zaniedbywany w dzieciństwie to jedno przeczytanie o tym nie wystarczy. Trzeba to sobie powtarzać aż o skutku, czyli aż do przyswojenia

Tak, tak, tak! 3 X TAK

Człowiek to istota społeczna i nie jest i chyba nigdy nie będzie tak, żeby nie potrzebował w żaden sposób innych ludzi. W ograniczonym jednak zakresie, czyli w takim, w jakim inni ludzie mogą mu dać to, czego potrzebuje

Zresztą tak jesteśmy skonstruowani (a to ze względu na istniejącą jedność miedzy nami), że pomaganie innym, zaspakajanie ich zdrowych potrzeb, przebywanie z innymi, dotykanie, pieszczoty, "oddawanie innym części siebie" (jeśli jest to zdrowe), itd., cieszy jak nic innego na świecie.
Podsumowując: są potrzeby, które możemy zaspokoić tylko my sami i z tym trzeba się pogodzić. Są też potrzeby, które są w stanie zaspokoić tylko inni. I z tym też się trzeba pogodzić

)
[przy tym drugim coś mnie ruszyło, bo chciałabym być samowystarczalna, a tu zonk, hehe. Dzięki Wam za inspirację :*]
Karina,
I jeszcze mi przyszło: chodzi po prostu o drugą osobę, o jej obecność.
Dokładnie tak. To dlatego A. Miller tak bardzo podkreśla wagę obecności w terapii tzw. akceptującego świadka. Nie musi to być terapeuta. Wystarczy ktoś, kto wysłucha, zrozumie, zaakceptuje. Jeden gest daje więcej niż miesiące pracy nad sobą!
Mój mąż był takim świadkiem w czasie mojego uzdrawiania dzieciństwa. I choć nie do końca wszystko był w stanie zaakceptować (bo gdy ktoś sam nie ma uzdr. dziecinstwa, to pewnych rzeczy nie przeskocz, nie zrozumie, nie jest w stanie znieść), to bardzo dużo mi to dało. Nie jestem nawet w stanie opisać, jak dużo.
Ale to dorosłe dziecko ma zadbać o relację z człowiekiem i ze światem, poszukać, sięgnąć.
Bredshaw pisze nawet, że teraz dorosły powinien nie tylko stać się rodzicem dla wewnętrznego dziecka, ale znaleźć mu odpowiedzialnych rodziców zastępczych. To taka przenośnia tego, o czym piszesz

***
Jeszcze jedno mnie naszło:
Kiedyś nie rozumiałam słów: miłość to czas i uwaga (powtarza je zawsze prof. Królicki, wykładowca metody Silvy). A teraz wiem, że jeśli ktoś nie daje sobie czasu i uwagi w odpowiedniej ilości, to jego zapewnienia o miłości wobec siebie to czcze deklaracje. I odwrotnie - daj sobie czas i uwagę, a pokochasz siebie
