BARDZO PROSZĘ O WSPARCIE
w moim rodzinnym domu w Toruniu wybuchł pożar, moja mama cudem przeżyła, zginął mój brat i jego dziewczyna... Wciąż nie mogę w to wszystko uwierzyć... Pradopodobnie chcieli stamtąd uciec i nie wiem jak to się stało, ale znaleziono ich w warsztacie za łazienką. Strażacy nie mogli ich znaleźć i szukali ich przez godzinę mimo że mama mówiła wielokrotnie że za łazienką jest jeszcze jedno pomieszczenie. Dym był tak gęsty, że ciężko było cokolwiek zobaczyć, moja mama ledwo oddychała i kiedy to wszystko się działo stała na parapecie czekając na pomoc. Straciłam też mojego kochanego psa z którym miałam wkrótce zaczynać szkołę trenerską i mojego kota. Wciąż nie mogę uwyerzyć w śmierć brata i w całą tą patologiczną sytuację, czuję się jakbym chodziła po omacku w najgorszym koszmarze...
Najgorsze jest to, że całkiem niedawno miałam bardzo silnie emocjonalny sen jak pali się mój dom i pamiętam jak płakałam za wszystkimi moimi pamiątkami i rzeczami, które spłonęły. Kiedy się obudziłam, miałam w sobie odczucia, że odrywam się od rodzinnej struktury i godzę się z moją przeszłością i poczułam że już nie chcę jej więcej rozdrapywać. Była to swego rodzaju ulga, ale mimo to czułam w sobie niepokój, więc chyba nawet tego samego dnia zadzwoniłam zaniepokojona do mamy zapytać czy wszystko w porządku. Nie brałam jednak tych odczuć na poważnie, bo kto by pomyslał, że coś takiego stanie się naprawdę... Moja rodzina wyniszczała się emocjonalnie, ale nie wiedziałam, że tak się to wszystko potoczy. Mój ojciec też przeżył, trafił do szpitala, ale nic mu nie jest, trafił do ośrodka pomocy, mama nie chce z nim już mieszkać, ona też zaczyna swoje życie od nowa. Chciałam, żeby mama w końcu uwolniła się od tego pijaka, ale dlaczego w tak okrutny sposób???
Możliwe, że miedzy moim bratem a jego dziewczyną odpaliła się jakaś karma, przecież oni mogli przeżyć, rodzice się uratowali stojąc na parapetach, a oni pobiegli do warsztatu nie wiadomo po co... biegli po omacku? chcieli gasić pożar? tam nawet nie było okna... Przecież mogli uciec inną drogą. Z jakiegoś powodu wybrali inaczej i tak widcznie musiało być... Rodzinna atmosfera, zniechęcenie życiem i tym domem, te negatywne intencje też zrobiły swoje.
Mimo to ja nie mogę się pozbierać i dręczą mnie myśli - co jeśli to przeze mnie, co jeśli to ja naruszyłam silnie strukturę rodziny moją pracą nad sobą.. może coś namieszałam, może kogoś nie wsparłam co prowadziło do tej tragedii... Wiem, że piszę głupoty, ale to jakieś poświadome poczucie winy, jakbym brała na siebie odpowiedzialność za tą tragedię...
Każdy jest odpowiedzialny za siebie prawda? To co się wydarzyło nie może być moja winą prawda?

Bardzo proszę o wsparcie dla mojej rodziny i za pomodlenie się za mojego brata i jego dziewczynę. Z góry wszystkim dziękuję