Z przypadkiem Ingi się mogę zgodzić.
Ale co powiecie na taką sytuację: moja siostra przez 6 lat pozostawała w bezsensownym związku z pewnym facetem. Od 3 lat systematycznie co miesiąc pisała mi po kilka dramatycznych smsów, jak ją potraktował, wyzwał, poniżył (choć była w tym jakaś jej prowokacja zapewne) lub tez dzwoniła z płaczem mi o tym opowiadając. Ja, poruszona tym i często roztrzęsiona po takiej rozmowie, cały czas mówiłam jej, żeby go zostawiła, wyprowadziła się i dała sobie spokój. Po paru dniach wszystko wracało do "normy" do nastepnego razu. W końcu ponoć wyrzucił ją z domu no i sie wyprowadziła.
Dalej utrzymywali kontakt, aż w końcu zerwala go sama siostra gdy dowiedziała, że spotkał sie z byłą.
W czwartek wywaliło mi. Siostra okazała sie wsparciem, wysłuchała mnie, byla wyrozumiała, że nie umiem sobie ze sobą poradzić. W końcu dotarło do niej, że ja też jestem zryta w niektórych tematach (a może i na całej linii) i cieżko cokolwiek zrobić, ona wyjaśniła mi, że tak długo trzymała się go, bo jest zryta w temacie facetów. Tzn przyznała się otwarcie, bo ja jej to od dawna mówiłam. Powiedziałą mi, że ona nigdy nie poucza, że wysłuchuje i że oczekiwała ode mnie wsparcia a nie mądrych rad. Na co ja jej do niej: jakiego wsparcia mogłam Ci udzielic w tamtej sytuacji? Co miałam Ci wtedy mówić: och, nieś swój krzyż, trwaj przy nim, no przecież on jest cudowny, na pewno się zmieni tylko poczekaj, cierpliwie znoś co ci gada, nie prowokuj go itp? To naturalne że radziłam jej, zeby sie wyprowadziłą go i zostawiła, choć szczerze rozumiem teraz że było to silniejsze od niej i nie mogła go zostawić.
Czasami naturalną reakcją na czyjaś niedolę jest dawanie rad zwłaszcza, gdy nie do konca kogoś rozumieją. Ale nie wiem jak wsparcie w jej przypadku w tamtej sytuacji miałoby wyglądac z mojej strony, bo mnie osobiscie było przykro gdy on ją tak traktował.