Proszę o wsparcie, aby ta głupia sytuacja z mojego domu wreszcie się skończyła.
Na przestrzeni kilku miesięcy dotarło do mnie, jak źle mi moja rodzina życzy. Walą taką czarną magią, że nawet na odległość jest mi słabo. Jestem obgadywana, obrażana, przez matkę i jej konkubenta - fanatycznego katolika. Padają epitety takie, że spokojnie mogłabym go podać o zniesławienie. Niestety dał on przyzwolenie mojej matce, aby zachowywać się chamsko i agresywnie w stosunku do mnie i do brata. Rozpanoszył się w domu...broni matkę, a ona obgaduje i obrabia mi dupę. Wypytuje przez telefon co i jak, a potem obmawia mnie z tym fanatykiem, który zmienił się po jakimś czasie. Wyszło z niego drugie fałszywe dno. Nakręcają się wzajemnie z matką....wyzywają mnie i partnera od prostaków, nierobów, frajerów, heretyków, których życie zweryfikuje. Dołują non stop z nienawiścią brata, który został w mieście rodzinnym, i przy okazji opowiadają o mnie i moim życiu. Że nie mam pracy, żyję bez ślubu, jestem nierobem, heretykiem, idiotką, że ten związek musi mi się rozpaść i że jakby on był moim ojcem to... Dodają, że jestem na tyle bezradna, że w życiu nic nie osiągnę, że będę ciagle wpierniczała z partnerem suchy chleb. Matka z nim okazali się tacy beznadziejni, że po prostu brakuje mi słów. Jej faceta spokojnie mogłabym podać o zniesławienie za wymyślanie takich bzdur na mój temat. Grożenie bogiem, biedą, śmiercią, poniżanie mnie. Jego zdaniem zupełnie nie miałam prawa wynieść się z domu, ponieważ matce powinnam całować stopy i być służącą. Gdy brat mi opisuje to co się dzieje w domu, bo go dobija ta atmosfera, to mnie łapą skurcze i cała się trzęsę. Nie potrafię się obronić przed nimi. Gdy matka dzwoni milutka i pyta jak tam - mam ochotę krzyknąć że mi ich żal i rzucić słuchawką. Nie chcę jednak wrabiać brata, że niby mi jakieś informacje przekazuje. Szczerze po tym co przeżywam z ich powodu od kilku miesięcy, nie jestem w stanie znaleźć nic pozytywnego w byciu katolikiem. Jest mi niedobrze z powodu tej fałszywej moralności i agresji jaka panowała w moim domu. Brzydzę się fałszem i nieszczerością. Nie rozumiem jak można tak dołować i obrażać ludzi. Nie chce mi się już myśleć o tej cholernej pracy, której nie ma i nie ma. Ciągle czekam na jakieś odpowiedzi. Nawet jak uda mi się zarobić na 2 miesiące życia i tak usłyszę, że to gówno, że zajmuję się herezjami i skończę pod mostem. Czasami czuję, że nie jestem w stanie wytrzymać tego stresu i szykanowania mnie na odległość. Zawiodłam się na matce. Całe życie się na niej zawodzę. Wyciągała ze mnie informacje, a potem przekreślała to i obracała wszystko przeciwko mnie. To żałosne, że w wieku 24 lat wymagają ode mnie zarobków tak wysokich, abym mogła wziąć kredyt. To ciągłe narzekanie i niezadowolenie ze mnie, jest porażające. Codziennie nad sobą pracuję, chcę sobie z tym wszystkim poradzić, ale cholera, to jest jakieś silne. Nie odpuszcza mi na tyle, aby to się w pełni uzdrowiło. Ja widzę po sobie, że bardzo wiele osiągnęłam, że wiele mam. Zmieniłam się i wyrosłam na super kobietę. Jestem mądra i zaradna w wielu sprawach. Jednak boję się przegranej, że będę musiała wrócić na utrzymanie matki, że zwyczajnie wszystko przegram z powodu problemów z kasą. Proszę o modlitwę dobre i chętne dusze

Ja sama popracuję przy pomocy Whh.