Rok temu czytałam artykuł w "Dużym Formacie" GW z okazji 10-lecia zalegalizowania eutanazji w Holandii. Bardzo mnie poruszył, był tam m.in. wywiad z ponad 90 letnim Holendrem, który stracił sens życia i któremu prawo jego kraju na eutanazję nie pozwala. Pan nadal jest sprawny umysłowo, oglądał przejście Wenus przed tarczą Słońca (w dniu 6.6.2012, też rano wstawałam, żeby to obejrzeć ), dużo czyta, ale musi powiększać litery, do niedawna uczęszczał na basen i był w sekcji nurkowania, ale czuł się tam coraz bardziej dziwnie i obco wśród młodych, oddał też prawo jazdy, zachowując takie na prowadzenie wózka elektrycznego(chyba inwalidzkiego, tam starsze osoby jeżdżą różnymi pojazdami na pasach dla rowerów). Jedyne, co mu doskwiera, to potworna samotność, przyjaciele i znajomi dawno się wykruszyli, a rok wcześniej żona i córka zmarły na raka i ma dosyć życia w pustym domu,sam z książkami i komputerem. Pracował od wczesnej młodości do późnej starości, i po prostu nie ma towarzystwa. Czuje się niepotrzebny. Jemu eutanazja nie przysługuje, bo nie jest obłożnie chory. Więc zakupił sobie w Belgii jakieś tabletki, które tam są dostępne, a w Holandii nie do zdobycia bez recepty i kiedyś je prawdopodobnie zażyje. Nie pamiętam, czy wierzył w istnienie Boga.
Dotychczas myślałam, że eutanazja jest na życzenie, że można się zabić z powodu kaprysu, albo chwilowego odbicia. A to nie jest tak łatwo, przynajmniej w Holandii. Gdy byłam pół roku w tym kraju wiatraków i gejów,poznałam w parku wspaniałą 76 letnią kobietę, świetnie prowadziła samochód, jeździła do Francji do rodziny, znała biegle 3 języki-angielski, francuski i holenderski, i wcale nie myślała o kółku różańcowym, jak wiele jej rówieśniczek w Polsce.