Może się mylę, ale mam wrażenie, że w definicji "kochania" nie uwzględniasz samego siebie. A to jest najważniejsze jeżeli chodzi o kochanie. Kochanie innych jest tylko odbiciem miłości do siebie. Jeżeli pokochasz siebie takiego jakim jesteś, nawet takiego nieumiejącego jeszcze kochać i niespełniającego swoich wyśrubowanych standardów to będziesz to wiedział. Nie będziesz musiał tego sprawdzać zamieszkując ze swoim wrogiem.
Ale pytanie: jak pokochać siebie?
Ja tego nie umiem, to dla mnie trochę abstrakcyjne pojęcie. Wydaje mi się, że potrzebuję osoby, która mogłaby mnie nauczyć na czym to polega. Ostatnio nawet pewna kobieta usiadła przy mnie na przystanku i poczułem ciepło od niej i czułem jak dzięki niej następuje we mnie zmiana w moich odczuciach. Czułem duży gniew i nie potrafiłem go zaakceptować, a jak ona usiadła przy mnie to czułem jak powoli ten gniew się 'rozpuszcza' i ukazuje mi się to co istotne, czyli uczucia jakie były ukryte pod gniewem. Nie wiem czy ona jakoś świadomie na mnie oddziaływała, czy też nie, ale w każdym razie odczułem bardzo pozytywnie jej wpływ na moją osobę.
Z tym zamieszkaniem z ojcem to ta moja myśl dotyczyła takiej perspektywy duchowej, że dusze mogły pójść na taki układ, by się nawzajem czegoś mogły uczyć. To była taka myśl, że jak się pojawiła w moim umyśle, to wtedy dużo mi ona dała, pozwoliła coś ważnego zrozumieć. W sumie to może bardziej dotyczyła wybaczania a nie kochania, w tym sensie, że jak się pozwoli innym być takimi jakimi są i się to zaakceptuje, to problem z daną osobą znika. Ona może być taka jaka jest, a nas to nie musi dotyczyć, bo my możemy być takimi jak my jesteśmy i ta osoba nie musi na nas wpływać.
Kiedy mógłbym mieć pewność, że potrafię kochać? Kiedy zamieszkałbym ze swoim największym 'wrogiem' pod jednym dachem i nie miałbym jak od niego uciec. Jakbym nauczył się z nim żyć, to znaczy, że już umiem kochać.
Pomyślałem wtedy, tak intuicyjnie, o swoim ojcu...
To utopijne myślenie,bo to jest niemożliwe. Niepasowanie do siebie, przeciwne wibracje spowodowałyby spadek wibracji a to uniemożliwia czucie miłośći.
Może takie myślenie jest właśnie utopijne, może wymagam od siebie czegoś co tak naprawdę nie jest możliwe.
Chociaż tak teoretycznie, David Hawkins pisze o Miłości Bezwarunkowej, więc może na takim poziomie świadomości mogłoby to być możliwe, że wibracje innej osoby nie wpływałyby negatywnie na nas, bo nie miałby by za bardzo takiej możliwości. Jakby niskie wibracje dotykałyby jakoś osoby, która 'doszła' do Miłości Bezwarunkowej to byłyby one automatycznie neutralizowane i transformowane w Miłość. Miłość mogłaby transformować takie wibracje. Miłość przemienia.
To takie moje teoretyczne rozważania, a jak to jest w praktyce to jeszcze nie wiem, bo nie za bardzo jeszcze tego doświadczam.

Aby umieć kochać innych trzeba zacząć od samego siebie 
Gdy kochamy siebie, wtedy miłość, której mamy "w nadmiarze" możemy zaproponować innym
Oczywiście nikt nie ma obowiązku kochać wszystkich (ani też nie ma sensu obwiniać siebie o to, że się kogoś nie kocha 
Jednym z przejawów uniwersalnej miłości jest akceptacja, dlatego jeśli kogoś nie kochamy, albo tego mu nie okazujemy, możemy - tak zwyczajnie i duchowo - zaakceptować i siebie, i ten fakt, i tę osobę taką jaką jest.
No tak, to ja nie mogę kochać innych, bo nie umiem kochać siebie. Czyli muszę zacząć od podstaw. Dobrze przynajmniej, że chociaż to sobie uświadamiam to przynajmniej mogę coś z tym zrobić.

Chyba stawiam sobie za duże wymagania, może nawet nie za duże a nierealne. Bo jak niby miałbym dać innym coś czego nie mam. A to jeszcze miłość trzeba mieć 'w nadmiarze', żeby można było się nią dzielić - żeby był ten nadmiar to trzeba naprawdę dużo tej miłości w sobie 'nazbierać'.
