Dzięki.
Tak sobie teraz myślę, że te moje dywagacje odnośnie Boga wynikają też częściowo z mojej nieakceptacji tego kim jestem, swojej prawdziwej natury, swojej boskiej, dobrej natury. Nie wiem czy mam po prostu przyjąć "tak jest i koniec, nic na to nie poradzę" czy dalej kombinować, w sumie czuję jakbym była trochę przyparta do muru, albo akceptacja siebie jako boskiej istoty albo nie i nic z tego nie mam. Na razie pś twierdzi, że Bóg to egoista, stworzył pewne prawa, a ja chcąc nie chcąc, nie mogę zmienić podstawowej rzeczy odnośnie swojego istnienia.
Może też ciągle próbuję Bogu udowodnić, że gdzieś popełnił błąd i ja bym to lepiej zaprojektowała

Stworzyłabym istoty dobre, ale powiedziała im, że jak chcą, to niech się staną złe na zawsze, od samych podstaw swojego istnienia, to już będzie ich sprawa, mogą się nawet unicestwić. A Bóg takich opcji nie przewidział.