Tylko jak rozpoznać że to nie miłość prawdziwa, gdy się czuje że ona jest tak wspaniała i cudowna że na pewno jest prawdziwa?
Temat bycia w pustce i kreacji substytutów jest mi bardzo znany i analizowany u siebie od kilku lat.
Ja w wyniku traumy odcięłam się zupełnie od siebie i stworzyłam nowy substystut siebie, nową sztuczną siebie, nową sztuczną osobowość którą oparłam na wzorowaniu się na starszej siostrze.
Poczucie pustki miałam bardzo silne, czułam się samą pustką, bo nawet nie potrafiłam dostrzec swojego istnienia.
Miałam w swoim życiu przyjemne okresy z dużą ilośćią przyjemnych uczuć i będąc pewna że to przejawiam się prawdziwa ja z prawdziwymi emocjami.
Teraz wiem że potrafiłam stworzyć sobie substytuty przyjemnego życia dzięki sprzyjającemu otoczeniu i śćiągając to od innych ludzi. Gdy otoczenie się zmieniło, nie potrafiłam tych uczuć utrzymać i znikły mi wszystkie. Z zewnątrz wprowadzałam do wewnątrz.
Ja cały czas stosuje metodę wychodzenia z pustki poprzez wchodzenie w nią, na tyle ile dam radę bo to jest trudne i trzeba do tego odwagi aby dać radę to poczuć.
Njałatwiej to poczuć podczas sesji oddechowej.
Nie wiem, jak ktoś może rozpoznać miłość, czy inną rzecz, czy to substytut, czy nie. Raczej potrzebna jest duża samoświadomość. Czasami te silniejsze bardzo, bardzo trudno u siebie zobaczyć, praktycznie niemożliwe. Tak bardzo utożsamiamy się z tym, scalamy. Im pewnie silniejsza trauma na duszy, tym silniej trzymamy się jakiegoś substytutu, żeby stracić świadomość tej traumy.
Z tego, co zauważyłem, większość tego, co robią ludzie, to wchodzenie w substytuty. Większość działań ludzi odcina świadomość od traum na duszy, żeby wchodzić w substytuty.
Mi jakiś czas temu pojawiła się zdolność widzenia, czucia przestrzeni w duszy, i czuję obszar, gdzie jest aspekt, co symbolicznie pokazuje mi się też jako stojąca postać, i jednocześnie w innym miejscu widzę i czuję część zapętlonej świadomości danej osoby, w takiej pętli, gdzie ta świadomość jest w sztucznej tożsamości, która robi pewne działania w celu gromadzenia, tworzenia danego substytutu. Im więcej tych działań, tym więcej substytutu i większe zamknięcie w tworzonej iluzji. Mniejsza świadomość tego, co jest poza.
Te pętle można przyrównać do takich kokonów. W tych kokonach zamknięta jest część świadomości, która utożsamia się z daną sztuczną tożsamością. I z tej sztucznej tożsamości wykonuje się jakieś działania, których celem jest właśnie gromadzenie, tworzenie substytutów. Im większe zamknięcie w takim kokonie, tym słabsze widzenie, że jest się w kokonie, że jest się w iluzji, że to substytut, a nie rzeczywistość.
Jak zobaczę z dalsza daną osobę, widzę jak wiele jej części tkwi w takich pętlach karmicznych, ciągle tworząc, gromadząc substytuty, aby tylko odcinać się od głębszych poziomów siebie.
Z tego, co widzę od dłuższego czasu, większość ludzi, którzy idzie niby duchową ścieżką, tak naprawdę ucieka od traum na duszy, i tworzy swój iluzoryczny, piękny i uduchowiony świat. Taki sen. Fajny, uduchowiony sen. Wydaje się wtedy, że wszystko jest ok, bo jest w życiu fajnie, bo są fajne uczucia itd., ale jak patrzę na to z zewnątrz, to widzę, jak bardzo dana osoba jest zamknięta w swoim kokonie. Żyje we śnie.
Większość kreacji, czy to wykorzystując źle napisane afirmacje, czy inne metody, tak naprawdę tworzy cięcie świadomości od tych głębszych poziomów siebie, gdzie są nieprzyjemne odczucia, gdzie są traumy na duszy itd., i tworzy również ten kokon energetyczny, w którym zamykana jest świadomość. A w tym kokonie wchodzi się w trans, iluzję. Jest fajnie. Jest przyjemnie. Ale dla mnie to podobny stan, jak po wzięciu narkotyków.
Bardzo ważna jest szczerość do siebie w tym wszystkim.
Jeszcze jedno. Może komuś się to nie spodoba, co napiszę, ale z tego, co widzę, większość osób, które używa rozwoju duchowego, tak naprawdę ucieka od siebie. Afirmacje, dekrety itd. po to, żeby uciec od siebie, w jakąś wersję fajniejszą, uduchowioną siebie. Ciągle takie bycie odwróconym plecami do siebie i szukanie czegoś fajniejszego. Bo ja jestem niedoskonały, bo ja jestem niepełny, bo czegoś mi brakuje, bo coś trzeba zmienić we mnie itd.
Prawdopodobnie jest tak, że im silniejsze odcinanie czegoś w nas, tym silniej będzie się to przejawiać przed naszymi oczami, w otaczającej rzeczywistości, w lustrze. I będą pojawiać się w naszym życiu osoby, które będą nas drażnić.
Nie wszystko da się przeafirmować. Osobiście nie lubię afirmacji, bo zauważyłem, jak one odcinają od głębszych poziomów siebie. Jak wrzucają w te kokony, w którym tworzy się kolejną iluzję. Traci się wtedy świadomość głębszych poziomów siebie. Bardzo głębokich poziomów siebie. I ma się wtedy wrażenie, że to działa. Tak, działa, ale jakim kosztem. Działa, bo wrzucamy siebie w kolejny sen, jednocześnie tracąc świadomość rzeczywistości.
Afirmacje działają jak farba. Jest coś w nas, co nam się nie podoba, afirmujemy, i tworzy się warstwa farby na tym. Jest super, to, co było wcześniej, zniknęło. Niestety, raczej nie zniknęło.
Na pewno są pewne afirmacje, które tak nie działają. Trzeba je też odpowiednio stosować. Na pewno nie na siłę, żeby wypieprzyć syf z siebie (nie lubię tego określenia), jak to często wiele osób robi.
Takie moje myśli z tego, co zauważyłem ostatnio, od jakiegoś czasu. Nikogo oczywiście nie zmuszam, żeby się zgadzał z tym. Najlepiej sprawdzić samemu.
Ja stosuję sesje z duszą do integracji tych wypieranych aspektów siebie. Widzę, jak jakaś część mnie jest w pętli, jak wykonuje jakieś działanie, które podtrzymują dany substytut. Potem czuję opór duszy przed rzeczywistym aspektem, następuje odstrojenie duszy od wyobrażeń, myśli itd., związanych z tym, potem dusza wchodzi w taki obłok światła, w którym widzi naturę danego aspektu, wtedy otwiera się na przyjęcie tego aspektu, potem poznaje informacje związane z tym aspektem, z jego naturą, i na koniec jest przyjęcie tego aspektu, integracja.
Na początku trudno mi było zauważyć, że jestem w pętli, ze wchodzę w taką pętlę, z czasem zacząłem wchodzić w pętle, jednocześnie obserwując to. I wtedy zacząłem też czuć w tle dany rzeczywisty aspekt.