Autor Wątek: Uzdrawianie związków partnerskich  (Przeczytany 99244 razy)

lukaszlm

  • Wiadomości: 734
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-08-06, 09:32:09 »
Clint,

W sumie to Cię rozumiem. Ja miałem takie perypetie że i szukałem związku, z potrzeby miłości, a i potem przesiadywałem w klasztorach, zalepiając tą pragenienie miłości. Na początku miałem się oświecić przez niebiański wręcz seks, rozpływałem się w miłości, ale się nie oświciłem, potem jakoś postawiłem na boga, więc siedziałem w klasztorach beee. Obie rzeczy nie były zdrowe, ale jak bym miał wybierać to wybrałbym pierwszą opcję związkową bez wachania :) Napewno była bliżej boga, i mniej nieprzyjemna, a raczej niebiańsko przyjemna, wysoko wibracyjna opcja :) Acz trzeba pamiętać że nie do końca zdrowa, i uzdrowić wcześniej czy później też trzeba.

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-06, 09:05:38 »
MariuszEro
Masz rację z tym oswajaniem się z kobietami - ja dopiero co zacząłem tego doświadczać, więc wciąż czuje spory niedosyt - no i brakuje w tym jakiejś głębszej bliskości. Z rozmawianiem i byciem sobą nie jest nawet tak źle, bo o dziwo czuje się dość swobodnie, mówię rzeczy których jeszcze niedawno bym się nie odważył powiedzieć np. wyrażając głośno swoje niepopularne poglądy w grupie ludzi czy też żegnając się z koleżankami z pracy słowami "do zobaczenia moje kochane aniołki" :D Niestety wciąż jest to wszystko jedynie na poziomie koleżeńskim, a ja potrzebuje czegoś więcej.

A na wakacje chętnie bym się wybrał, ale pracowałem w tym czasie, więc nie mogłem. Może pojadę we wrześniu.

Kinga
ten post to miód na moje serce - tyle powiem :)

StArfire
Ja sobie zdaje sprawę z tego co piszesz i generalnie ze mną nie jest tak źle już, jeśli chodzi o relację z sobą i Bogiem (przynajmniej porównując do tego co było). Ja się czuje dobrze sam ze sobą i potrafię spędzać przyjemnie sam czas. Brakuje mi jednak fizycznej (i nie tylko) głębokiej bliskości z innymi istotami i to nie jest coś co mógłbym dać sobie sam, bez udziału innych istot. To jest taka dziecięca potrzeba bycia przytulanym przez kochającą istotę i nie widzę tutaj innej opcji na uzdrowienie tego niż dopuszczenie do siebie takich osób. A może raczej nie chce widzieć, bo to by było zbyt okrutne w stosunku do tego małego, odepchniętego dziecka który łkając błaga o obecność kochających, wspierających istot.

Ja w tej chwili czuje taki bunt, że już nie chce słuchać o żadnym pokochaniu siebie, wzrastającej akceptacji, itd. No bo ile jeszcze można? Mam się na tym koncentrować do samego oświecenia, a dopiero potem liczyć na związek? Dobrze wiem, że tak jak piszę Kinga mógłbym już dużo wcześniej ten związek mieć i sobie w nim wzrastać, a nie ciągle budować sobie wyobrażenia, że jeszcze muszę to i tamto oczyścić, to i tamto dociągnąć, poprawić, wypolerować.

hydrozagadka

  • Wiadomości: 2 696
  • Płeć: Kobieta
  • http://uzdrawianieswiatlem.pl/ Zwrot-odzyskiwanie energii, rozpuszczanie więzów karmicznych, rozpuszczanie blokad i węzłów.
  • Status: Ekspert
[#]   « 2012-08-06, 08:50:51 »
To Bóg mi dał partnerkę, a nie ja sobie kreowałem. Na ten moment, co mi sie "przyciągła" (;P)  , to  uzdrawiałem forsę, kasę, a związek miał być następny.
Moja gotowość polegała na tym, że wiedziałem jakie ma cechy spełniać. Byłem gotowy, nie miałem wyobrażeń (przecież nie chciałem związku), i zaskoczony.. po jakimś czasie po prostu się zdarzyło.

Przyznam, że wywaliło mi trochę na powyższe, szczególnie podkreślone. Od razu odezwał się we mnie podświadomy bunt - jak to - innym tak daje, a ja tyle lat i nadal nic sensownego. Że tyle już zmieniłam w sobie, tyle uzdrowiłam - i nadal nie przyciągam osoby, z którą realnie dałoby się  stworzyć związek. Że nawet jak ktoś się pojawia, to nie jest ani gotowy, ani otwarty do związku - najwyżej do przelotnej relacji. A mnie to już męczy, zniechęca. Zaznaczę, że doświadczenia pod tym względem wcześniejsze miałam podobne jak Clint - asceza, wyrzekanie się związków, odrzucanie, bycie odrzucanym itp. Of kors przy tym wyszło mi też - "To co ja mam jeszcze zrobić, jak zasłużyć (!!!), by w końcu trafić na właściwego partnera?" Pewnie zatem nadal zasługiwanie się kłania...

Doskonale wiem, jakie cechy warto by posiadał mój partner. Nie sadzę, by były specjalnie wygórowane - zrozumienie, otwartość, gotowość (do związku, do bycia poznawanym i poznawania drugiej osoby), samoświadomość (generalnie pozytywnie rozwojowy), tak byśmy pasowali sobie nawzajem, dobrze się bawili razem, dobrze się rozumieli. To podstawa. Za tym idą oczywistości takie, jak nie pijący i nie palący;) I właściwie to tyle. Innych wyobrażeń zbytnio nie mam.

Ostatnio specjalnie się tym tematem nie zajmuję, skupiam się bardziej na tworzeniu, pracy, finansach. Ale nie da się tej potrzeby bliskiej relacji, jak już zostanie obudzona, wywalić. W ogóle to widzę, ze byłam pod tym względem nieźle "zacofana", bo zaczęłam bardziej chcieć i "potrzebować" (oraz mieć jazdy na tym punkcie) tak naprawdę dopiero w okolicach 30stki ;) Wcześniej owszem, myślałam, ze mogłoby coś się fajnego trafić, ale nie za bardzo się tym zajmowałam, ani przejmowałam. Było mi to w jakimś stopniu obojętne.
Teraz znów mam lekkie jazdy w tym temacie. Pewnie pobudzone ponownym trafieniem w faceta, który nie wie, czego chce, choć coś tam chce, jednak udaje że nie chce, no i zero otwartości w zamian. Błeee. A ja w takiej sytuacji nie mogę być jeszcze bardziej otwarta niż jestem, bo byłoby to szkodliwe dla mnie. Wolę być otwarta wśród otwartych, a nie na siłę kogoś zmuszać do otworzenia się - czy samą siebie przy kimś, kto bawi się w odpychanie-przyciąganie. Do dupy z czymś takim! O! :D
« Ostatnia zmiana: 2012-08-06, 08:57:39 wysłana przez hydrozagadka »

Starfire

  • Wiadomości: 853
  • Alien Zen Master
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-08-06, 08:01:26 »
Clint:

Puszczanie tego pragnienia to tak jakby samemu zapierać się swojego raison d'etre. Z kolei oczekiwanie, że druga osoba zapełni tą 'dziurę' to kolejna droga na manowce, albowiem najpierw zapełnić ją może Bóg (który, jest jakby pełną czarą słodkiego nektaru miłości, z której piją obaj kochankowie i dzielą się tym nektarem między sobą) Jeśli nie dopuścisz prawdziwego Boga i do siebie w związku to nie ważne jak genialną osobę spotkasz i jak bardzo będzie Cię obdarzać, Ty po prostu tego nie przyjmiesz. Nie będziesz dał rady, mimo, że cały czas pod spodem będziesz oczekiwał, że to otrzymasz (kiedy tak naprawdę podświadomie będziesz się blokował) Kochanie siebie, akceptacja siebie, w tym wszystkich wypartych i mrocznych części nas to absolutna podstawa do tego, aby zamiast wyrywać z siebie swoje pragnienia, uciekać od nich pod płaszczykiem rozwoju po prostu powoli i całkowicie zaakceptować i pokochać Boga prawdziwego, siebie prawdziwego i Boga w sobie oraz tej drugiej, bliskiej duszyczce. Wtedy będziecie mogli się dzielić tym boskim nektarem, którym w dużej mierze będziecie (już jesteście) Wy sami :)
« Ostatnia zmiana: 2012-08-06, 08:03:18 wysłana przez StArfire »

kinga roszczyniała

  • Wiadomości: 903
    • www.czysteswiatlo.com
  • Kinga Roszczyniała, www.czysteswiatlo.com (konsultacje,analizy,wypalanie węzłów,sesje regresingu)
  • Status: Terapeuta
[#]   « 2012-08-06, 07:56:52 »
Moim zdaniem każdy jest inny i nie ma co generalizować, że skoro dla mnie najlepsze będzie zapełnienie dziur w sercu w samotności i odnalezienie spełnienia wewnątrz, a dopiero związek partnerski tzn że tak będzie dla wszystkich, albo odwrotnie. Niektórzy w tym wszystkim zapominają, że o ile my mamy różne lęki, opory, karme, która może negatywnie wpływać na kreacje o tyle Bóg jest NIEOGRANICZONY. Harmonijny związek to nie układ, który jest zarezerwowany tylko dla ludzi przed oświeceniem i który ma być prezentem od Boga za dobre zachowanie (czyt. wychowanie podświadomości), ale może być jednym z przejawów Jego miłości i wsparcia na ścieżce duchowej, która może się zmanifestować u każdego praktycznie w każdej chwili. I właśnie choćby po to, by poczuć się kochanym, dopieszczonym, tulonym JUŻ TERAZ. I może być niezwykle inspirującą relacją dla każdego z partnerów, bez względu na to, na jakim poziomie akurat są i co mają jeszcze do przepracowania w temacie związków i w życiu. Owszem te braki, które były pielęgnowane przez dziesiątki wcieleń a z którymi wejdziemy w związek nagle nie znikną, ale skoro może być łatwiej i przyjemniej przepracować je w otoczeniu kochającej i wspierającej osoby, niż samemu, to czemu z tego nie skorzystać? :)

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-06, 06:28:53 »
Wypełnianie dziur w sercu... w pewnym stopniu na pewno będzie to jednym z wielu powodów dla którego chce stworzyć związek. I nie widzę absolutnie nic niekorzystnego w tym. Nie sądzę też aby znalazł się lepszy sposób na jej zapełnienie, bo ta dziura to efekt trwającego tysiące lat i narastającego niespełnienia przy tworzeniu związków. Ta dziura to efekt tego, że przez tak długi okres czasu olewałem swoje uczucia i nie pozwalałem na spełnienie największego z pragnień.

I miałbym teraz usiąść na mojej zafu i pracować nad wolnością od tego pragnienia? Dziękuje, ale postoję.

W wielu wcieleniach spotykałem ludzi, którzy widzieli mój ból i wykorzystywali to, aby mnie nawrócić na swoją ścieżkę, obiecując mi wolność od tego pragnienia. No to siedziałem zamknięty w klasztorach, medytowałem, ascetowałem, jogowałem i odwalałem całą masą innych szopek. Poświęciłem całe życie na osiągnięcie tego jednego celu - uwolnienie się od tej dziury, puszczenie tego pragnienia, nieprzywiązywanie się, itp bullshit. Tak więc co ja mam zrobić jak znowu słyszę tego typu teksty? Zostaje mi jedynie obłąkany śmiech człowieka, który nieraz doprowadził się do szaleństwa próbując puścić to pragnienie.

Zresztą teraz mam to wszystko gdzieś. Czuje potrzebę bycia w związku, bycia kochanym i przytulanym, doświadczania ogromnych ilości bliskości, której mi całe życie odmawiano oraz doświadczenia seksu, który widziałem jedynie na filmach. Nie wiem nawet jak to jest trzymać się z dziewczyną za ręce będąc na wspólnym spacerze, więc naprawdę głęboko chrzanię całe te duchowe przestrogi przed wchodzeniem w związek z nieczystymi intencjami i brakami.

Oh, że też śmiem...

Do reszty się ustosunkuje jak wrócę z pracy albo nawet w jej trakcie, bo ostatnio luźniejsze dni są :P 

MariuszEro

  • Wiadomości: 298
  • Płeć: Mężczyzna
  • Mariusz Dziemianczuk Regreser:regresing,rebirthing, praca z oddechem,pozytywne myslenie,EFT
  • Status: Ekspert
[#]   « 2012-08-06, 02:30:55 »
Clint

> Poczułem żal, frustrację i zazdrość. Jednocześnie poczułem się źle z tego powodu, że przychodzą > do mnie myśli w stylu "czemu on spotkał ładną, rozwojową dziewczynę, a ja nie?". 

Niepotrzebnie. To Bóg mi dał partnerkę, a nie ja sobie kreowałem. Na ten moment, co mi sie "przyciągła" (;P)  , to  uzdrawiałem forsę, kasę, a związek miał być następny.
Moja gotowość polegała na tym, że wiedziałem jakie ma cechy spełniać. Byłem gotowy, nie miałem wyobrażeń (przecież nie chciałem związku), i zaskoczony.. po jakimś czasie po prostu się zdarzyło. Jakbym kreował, to mogłoby być nieco przeszkód.

Clint, wydaje mi się, że nie miałeś z kobietami wielu naturalnych kontaktów, rozmów, przyjażni stąd takie emocje. Pewnie czujesz, że to dla ciebie z pewnych względów trudne do wykreowania. Zanim ja potrafiłem przebywać z kobietami, i cieszyć sie tym, to musiałem latami z nimi gadać, i byc odrzucony, z boku, i po prostu rozwijac umiejetnosci rozmowy, by sie po pewnych czasie poczuc normalnie, z soba, poczuc, ze umiem wyrazic, to co chce. Kwestia czasu, i tyle. Uczysz sie nieswiadomych nawykow podtrzymywania rozmowy, luzu, swobody, to wazne.

Trzeba bylo jechac, to bys z nami w kamienie zagral, albo na pizze poszedl, a nie ogladal fotki ;P
Jak masz wlasciwa samoocene, to bys Leszka zagadal na smierc, tak jak ja go zarzucilem na koniec pytaniami ;p Chyba dlatego zostala bluza, bo jeszcze nei czulem sie w porzadku, ze tak mędze ;p

Amelka

  • Gość
[#]   « 2012-08-06, 00:27:58 »
Clint,

ale pojechalas kabareciarsko :-))
Jestem przekonana ze juz wkrotce Twoje marzenie sie spelni. Mowisz o tym pragnieniu z taka pasja, ze sie zaloze ze ono juz rwie sie do Ciebie z sila wodospadu :-)) Jak ktos tak bardzo czegos chce, to dostaje to. Takie jest prawo :-)

lukaszlm

  • Wiadomości: 734
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-08-06, 00:17:46 »
Olga,

Napisałem tylko co o tym myślę :) A jak jest u Clinta, i z czego wynika jego potrzeba związku, to nie mi wnikać.

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-08-06, 00:11:11 »
Ze swojego doświadczenia napiszę, że kochający i wspierający ludzie (a szczególnie ta jedna, najbliższa osoba) tak bardzo pomagają w zapełnianiu dziur w sercu i nie tylko, że dla mnie to wprost niesamowite :))) Dlatego jeśli tylko ktoś chce, to nie ma się co wzbraniać przed związkiem. Nawet jeśli ma 130 dziur w sobie :D
To chyba chodzi o to, żeby dać sobie pomóc. Dopuścić do siebie miłość z zewnątrz. Niech uzdrawia :)
No chyba, że ktoś nie ma takiej potrzeby. To inna sprawa. Po prostu nic na siłę :D

Olga

  • Wiadomości: 2 175
  • Płeć: Kobieta
  • olga.sarzala@gmail.com
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-06, 00:02:37 »
Fela:))

Łukasz, z tego co wiem na podstawie różnych wpisów Clinta, jego potrzeba bycia w związku jest zgodna z nim. Więc nie widzę sensu w twierdzeniu że Clint szuka kogoś by zapełnił dziurę w sercu, bo to nie prawda. Tak robia ludzie któży  są mocno nieświadomi tego tematu w sobie, a Clint do tego grona nienależy:)

Zatem: jesli rozwojowa osoba tworzy związek to nie musi byc on wynikiem negatywnej potrzeby, tylko otwarciem na przyjemność, bliskość, sex.
I nie każda osoba rozwojowa potrzebuje tworzyć związki, to wynika z jej struktury psychicznej. I wtedy tez nie mozna powiedziec że ma "ten temat" uzdrowiony [ ale może mieć] bo nie tworzy związku;)

lukaszlm

  • Wiadomości: 734
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-08-05, 23:53:27 »
Szukanie kogoś, zaby zapełnił dziruę w sercu to nie jest to. Zreszta ciężko kogoś znaleść jakąś fajną rozwojową dziewczynę która chciała by być rzeczą której zadaniem jest zapychanie takiej dziury.

W tamte wakacje usunołem dziurę w duszy po rozstaniu z półówką, poprawiłem w whh, rozpuszczając strukture odpowiedzialną za to abym szukał, poprawiłem modlitwami, na przestrzeni tygodni presja związkowa zanikneła mi dosyć mocno, nie czuje potrzeby ani być z kimś ani żeby nie być. Poprostu uzdrawiam to co mi wychodzi, idę z życiem, skończyłem studia, znalazłem sobie fajną pracę, a teraz wprowadziłem się do naprawdę fajnego mieszkania, przy jeziorku i miłej okolicy. Zajmuje się sobą. Jak z czasem stworzę związek to na podstawie zdrowej relacji, żeby obojgu było miło :) Kiedy to nie wiem i wiedzieć nie muszę, idę z życiem tym które mam teraz.

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-08-05, 23:53:00 »
Wiem że biała kupa jest ciężka kupa, bo byłam w tym naprawde..dobra;) ale nie ma nic trudnego gdy wybierasz właściwy kierunek!:)

Hahaha, Ola, dokładnie :))))
(i za to Cie lubię :)))

Olga

  • Wiadomości: 2 175
  • Płeć: Kobieta
  • olga.sarzala@gmail.com
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-05, 23:32:07 »
"Koniec z tym. Potrzebuje związku. Potrzebuje kogoś do kogo będę mógł się przytulić, czując się miło, przyjemnie i bezpiecznie. I jest to dla mnie dużo, dużo ważniejsze niż jakieś oświecenie. Stworzenie bliskiego, harmonijnego związku jest dla mnie najważniejszą rzeczą na świecie, ważniejszą od wszystkiego innego. I w tyłku mam, że się pół Białego Astralu chwyta za głowę - niech sobie szukają idiotów gdzie indziej, bo ja się wypisuje."


Clint, yeah!

Nie ma oświecenia bez spełnienia:))
Ci co chcieli przeskoczyć do dziś uważają się za oświeconych. A realnie oświecają się ci, któży nie przeskakują tylko spełniają się w tym co dla nich dobre, potrzebne:)
Wiem że biała kupa jest ciężka kupa, bo byłam w tym naprawde..dobra;) ale nie ma nic trudnego gdy wybierasz właściwy kierunek!:)

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-05, 23:22:58 »
Swoją drogą jak już jedziemy wyznania to jedziemy do końca.

Ostatnio jak oglądałem na Facebooku zdjęcia z Leszkowych wakacji to poczułem zazdrość patrząc na Mariusza i Anię (BlackRose). Poczułem żal, frustrację i zazdrość. Jednocześnie poczułem się źle z tego powodu, że przychodzą do mnie myśli w stylu "czemu on spotkał ładną, rozwojową dziewczynę, a ja nie?".

Poczułem coś w rodzaju obrzydzenia do siebie i uświadomiłem sobie właśnie teraz, że ja chciałem się tak czuć. Gdzieś tam głęboko chciałem, aby ludzie widzieli mnie jako przemądrzałego, zadufanego w sobie, śmiesznego, nieporadnego czy odrzucającego w jakikolwiek inny sposób. Chciałem aby ludzie potwierdzili moje własne odczucia w stosunku do mnie samego, bo czemu tak żałosna istota jak ja miałaby tworzyć bliską relację z kochającą, wspaniałą i poukładaną kobietą?

A czemu żałosna? Ah, już wiem. Bo oczywiście będąc człowiekiem, który ma jakieś żądze, pragnienia a nawet uzależniające potrzeby doprowadzające do stworzenia związku, w którym istnieją jakieś wzajemne zależności (OMG!), uzależnienia (Boże, nie!!!) i nie do końca zdrowe przywiązania (NIEEEEE!!!) musiałem trafić na bandę jaśnie oświeconych, którzy już mi pokazali jak bardzo błądzę. Musieli mi wbić poczucie winy, pokazać jak wielkim i strasznym błędem byłoby poddanie się tym pragnieniom i jak bardzo żałosne jest już samo ich odczuwanie, a co dopiero kierowanie się nimi.

No i ja polazłem za nimi, dałem sobie wyprać mózg i stałem się także jaśnie pół-oświeconym mistrzem od siedmiu boleści i ośmiorakich ścieżek. No i oto jestem. Możecie mnie podziwiać i budować ołtarze, żebym się lepiej poczuł z tym, że zamiast siebie i własnych odczuć wybrałem ślicznie zapakowane gówienko.

Jestem zły na tych ludzi, ale tak naprawdę jestem zły na siebie. Nie za to że popełniłem błąd czy za to, że dałem się oszukać, bo to się zdarza. Jestem zły, a raczej wściekły na to, że tak długo ignorowałem swoje własne uczucia. Jestem wściekły, za to że czyjeś śliczne obiecanki cacanki stały się dla mnie istotniejsze od moich własnych potrzeb. Zrezygnowałem z siebie, żeby osiągnąć jakieś zewnętrzne "coś", jakieś durne urojenia, które niezależnie od tego jak wspaniałe i obiecujące by nie były - nie powinny były mi nigdy przesłonić mnie samego.

Udawanie przed samym sobą, że nie potrzebuje związku praktykowałem tak długo i wytrwale, że weszło mi to w krew. Regularnie, ostro i bezwzględnie gwałciłem własne uczucia sprzedając duszę dla wyimaginowanego celu.

Koniec z tym. Potrzebuje związku. Potrzebuje kogoś do kogo będę mógł się przytulić, czując się miło, przyjemnie i bezpiecznie. I jest to dla mnie dużo, dużo ważniejsze niż jakieś oświecenie. Stworzenie bliskiego, harmonijnego związku jest dla mnie najważniejszą rzeczą na świecie, ważniejszą od wszystkiego innego. I w tyłku mam, że się pół Białego Astralu chwyta za głowę - niech sobie szukają idiotów gdzie indziej, bo ja się wypisuje.