Swoją drogą jak już jedziemy wyznania to jedziemy do końca.
Ostatnio jak oglądałem na Facebooku zdjęcia z Leszkowych wakacji to poczułem zazdrość patrząc na Mariusza i Anię (BlackRose). Poczułem żal, frustrację i zazdrość. Jednocześnie poczułem się źle z tego powodu, że przychodzą do mnie myśli w stylu "czemu on spotkał ładną, rozwojową dziewczynę, a ja nie?".
Poczułem coś w rodzaju obrzydzenia do siebie i uświadomiłem sobie właśnie teraz, że ja chciałem się tak czuć. Gdzieś tam głęboko chciałem, aby ludzie widzieli mnie jako przemądrzałego, zadufanego w sobie, śmiesznego, nieporadnego czy odrzucającego w jakikolwiek inny sposób. Chciałem aby ludzie potwierdzili moje własne odczucia w stosunku do mnie samego, bo czemu tak żałosna istota jak ja miałaby tworzyć bliską relację z kochającą, wspaniałą i poukładaną kobietą?
A czemu żałosna? Ah, już wiem. Bo oczywiście będąc człowiekiem, który ma jakieś żądze, pragnienia a nawet uzależniające potrzeby doprowadzające do stworzenia związku, w którym istnieją jakieś wzajemne zależności (OMG!), uzależnienia (Boże, nie!!!) i nie do końca zdrowe przywiązania (NIEEEEE!!!) musiałem trafić na bandę jaśnie oświeconych, którzy już mi pokazali jak bardzo błądzę. Musieli mi wbić poczucie winy, pokazać jak wielkim i strasznym błędem byłoby poddanie się tym pragnieniom i jak bardzo żałosne jest już samo ich odczuwanie, a co dopiero kierowanie się nimi.
No i ja polazłem za nimi, dałem sobie wyprać mózg i stałem się także jaśnie pół-oświeconym mistrzem od siedmiu boleści i ośmiorakich ścieżek. No i oto jestem. Możecie mnie podziwiać i budować ołtarze, żebym się lepiej poczuł z tym, że zamiast siebie i własnych odczuć wybrałem ślicznie zapakowane gówienko.
Jestem zły na tych ludzi, ale tak naprawdę jestem zły na siebie. Nie za to że popełniłem błąd czy za to, że dałem się oszukać, bo to się zdarza. Jestem zły, a raczej wściekły na to, że tak długo ignorowałem swoje własne uczucia. Jestem wściekły, za to że czyjeś śliczne obiecanki cacanki stały się dla mnie istotniejsze od moich własnych potrzeb. Zrezygnowałem z siebie, żeby osiągnąć jakieś zewnętrzne "coś", jakieś durne urojenia, które niezależnie od tego jak wspaniałe i obiecujące by nie były - nie powinny były mi nigdy przesłonić mnie samego.
Udawanie przed samym sobą, że nie potrzebuje związku praktykowałem tak długo i wytrwale, że weszło mi to w krew. Regularnie, ostro i bezwzględnie gwałciłem własne uczucia sprzedając duszę dla wyimaginowanego celu.
Koniec z tym. Potrzebuje związku. Potrzebuje kogoś do kogo będę mógł się przytulić, czując się miło, przyjemnie i bezpiecznie. I jest to dla mnie dużo, dużo ważniejsze niż jakieś oświecenie. Stworzenie bliskiego, harmonijnego związku jest dla mnie najważniejszą rzeczą na świecie, ważniejszą od wszystkiego innego. I w tyłku mam, że się pół Białego Astralu chwyta za głowę - niech sobie szukają idiotów gdzie indziej, bo ja się wypisuje.