Jak przeczytałem post Sebastiana to wzbudziło to we mnie jakieś niemiłe odczucia - przyjrzałem się temu bliżej i widzę, że odczuwam podobną frustrację, ale w samym temacie związku partnerskiego. Cuda na kiju mi kreują w różnych tematach, wzrasta samoocena, pojawiają się coraz fajniejsi ludzie, jest coraz lepiej z kasą i pracą, itd. ale za cholerę nie mogę sobie wykreować nawet średnio dobrego związku, nie mogę spotkać żadnej dziewczyny, która byłaby chociaż do realnego rozważenia, nawet jak obniżę wymagania do absolutnego minimum (przy którym taki związek miałby jeszcze jakikolwiek sens).
Mija już jakieś 3,5 roku mojego rd, a ja po raz setny odczuwam tą samą frustrację, może i dużo słabszą niż kiedyś, ale wciąż tak beznadziejnie ryjącą dziurę w sercu. Ile jeszcze czasu będzie musiało minąć nim przeleje się ta cholerna masa krytyczna tych wszystkich obciążeń i w końcu moja pś dopuści do stworzenia tego związku? Jak długo jeszcze będę musiał udawać przed samym sobą, że to wcale nie boli tak bardzo jak rzeczywiście boli? Jak długo będę musiał zgrywać twardego, niezależnego i potrafiącego dobrze żyć bez związku? Nie chce znowu przeżywać tak intensywnie tego całego bólu, wchodzić w ten ocean rozpaczy, który pochłonąłby wszystko to, co do tej pory osiągnąłem. Nie chce aby dni znowu stałe się szare i depresyjne. Nie chce tego całego oczekiwania i napięcia na to kiedy wreszcie spotkam tą odpowiednią partnerkę.
Moje serce więc jest ściśnięte i trwa w zawieszeniu, co sprawia że cała radość i zadowolenie z mojego całkiem fajnego już życia, są od czasu do czasu zabrudzane przez uczucie pustki. Mam dość tej pustki, jestem przeraźliwie wściekły na to, że ona wciąż i wciąż i wciąż i wciąż jest w moim sercu i cokolwiek bym nie robił, czegokolwiek bym nie uzdrowił - ona sobie gdzieś tam uparcie tkwi i tkwi i tkwi i tkwi nieustannie, bez przerwy i chwili wytchnienia. Mam ochotę wyrwać sobie serce, żeby tego nie czuć, ale wiem że to niemożliwe, więc odczuwam jedynie bezradność i bezsilność.
A jeśli chodzi o wolność od przymusu, uwalnianie od presji i wrzucanie na luz - hahahahaha
HAHAHAHAHAHA!
Nie wiem jak Sebo, ale jak dla mnie to jest ostatnia rzecz o jakiej chciałbym w takiej chwili słyszeć. Pewnie dlatego że próbowałem tego przez sporą część tych 3 lat wielokrotnie i choć samoistnie przy uzdrawianiu różnych rzeczy te presje i przymusy malały, to nie wyobrażam sobie, aby ktoś z tak silnym poczuciem osamotnienia miałby pracować nad tym, że "nie musi tworzyć związku" i jednocześnie miałby sobie nie wbić łyżki w serce. Zresztą to właśnie przez tego typu duchowego pieprzenia od buddystów wszelkiego rodzaju straciłem wiele żyć na pogłębianie swojej samotności. Głupie łysole odcięte od własnych emocji.
Eh, dobrze wiem, że sobie zasłużyłem na taki los moją mega upartością przez wieeeeeeele wcieleń i wcale się nie dziwie, że wciąż jestem sam, ale i tak jest to strasznie frustrujące. Ile jeszcze takich wywalankowych postów będę pisał na tym forum nim kogoś sobie znajdę?